![]() |
|
|

|
WRZESIEŃ 2011 PAŹDZIERNIK 2011 WRZESIEŃ 2011 SIERPIEŃ 2011 LIPIEC 2011 CZERWIEC 2011 MAJ 2011 KWIECIEŃ 2011 MARZEC 2011 LUTY 2011 |
1 września 2011
„(NO)PROBLEM MARTINI!” No właśnie, jednak problem jest z tym Martini. Raz, quasi badawczy dla wszelkich niecierpiących wątpliwości „wścibonosów”, dwa, merytoryczny: Martini marka, Martini cocktail. Historia jak i żywot bieżący, w jednym jak i drugim przypadku zawiła bardzo. Bardzo też- równocześnie ciekawa. Ale na tyle to już dosyć ględzenia będzie, bo dużo roboty, co by to wszystko poukładać. Dlaczego Martini? Dla mnie, nie ukrywam, motyw intrygującej i fenomenalnej marki. Wręcz takiej, której „ojcem założycielem być”- życzyłabym każdemu, sobie samej. Martini drink- historyczna kwestia zmniejszania zawartości wermutu+ straszne jadki o to, co w tymże miksie znaleźć się powinno, co nie… (Za to drugie i tak mi łeb utną:-)) Dziś marka. Uwaga, z półtorawieczną tradycją! Jeśli chodzi o narodziny, to w tym przypadku mamy jasność: 1. lipca 1847 roku, Turyn, Włochy (w okolicach Turynu de Pessione znajduje się muzeum Martini). Kto, by pomyślał, nie? Martini raczej kojarzone jest z egzotyką:-) Ojcowie założyciele: Aleksandro Martini i Luigi Rossi, którzy z dwójką ziomków założyli Krajową Destylarnię Spirytusu oraz skład alkoholi. Tak powstała firma Martini & Rossi i marka MARTINI®. 16 lat trwały eksperymenty, żmudne poszukiwania, których dosłownym owocem był chyba najpopularniejszy wermut świata. Tylko 2 lata trunek czekał na oficjalne owacje. W 1865 roku Martini dostało jedną z głównych nagród na międzynarodowych targach w Dublinie, znowu 2 lata później- w Paryżu. Automatycznie po tym- wielkie wyjście na salony, prestiż: Martini & Rossi stało się „oficjalnym dostawcą” trunków do wielu pałaców królewskich w Europie, a od 1922 roku także na dwór japoński (no proszę, mimo japońskiej „szczelności” na zachodnie wynalazki). W budowaniu (sławne plakaty reklamowe) coraz potężniejszej marki brali udział i to na wyłączność Martini najwięksi rysownicy XX wieku, w latach 50- tych sam Andy Warhol. Martini&Rossi zajęło się organizowaniem wydarzeń muzycznych, a jedno z nich mocno przyczyniło się do zdobycia światowej sławy przez gwiazdę operową Marię Callas. Martini na patronatach muzycznych nie poprzestało: w 1968 roku zorganizowało, firmowane przez siebie wyścigi samochodowe. I tak narodziło się Martini Racing, a marka została jednym z najpopularniejszych sponsorów wyścigów samochodowych na świecie. Bardziej kojarzona przez nas, Grupa Bacardi przechwyciła w swoje kompetentne ręce Martini w 1993 roku i z dużym powodzeniem kontynuuje rdzeń filozofii „marki pełnej radości życia”, z nieustającymi motoryzacyjnymi ciągotami: od 2006 roku MARTINI® wróciło na najbardziej prestiżowe zawody Formuły 1 jako partner teamu Ferrari. W Polsce Bacardi-Martini, oprócz żywej współpracy z ekskluzywnym „Playboy’em”, realizuje się w ramach Społecznej Odowiedzialności Biznesu (Corporate Social Responsibility) inicjując działania edukacyjne. Np. Olimpiada Młodych Barmanów – organizowany przez firmę Bacardi-Martini Polska Sp. z o.o. i Komisję Gastronomiczną Polskiego Zrzeszenia Hoteli ogólnopolski konkurs, którego celem jest ‘kształtowanie właściwych postaw i sposobów konsumpcji napojów alkoholowych oraz promocja młodych adeptów sztuki barmańskiej’. Jeśli chodzi o markę sensu stricte- mogliby trochę popracować nad stroną wizualną. Mi estetycznie nie leży. Choć z doświadczenia wiem, jestem nawet przekonana, że mikroskopijnych reliftingów logo/logotyp Martini przeszło setki, setki… Ciężko dostrzec:-) Na tej podkładce, spróbuję podywagować na temat samego drinka, ale to za tydzień Marcjan 8 września 2011 „(NO)PROBLEM MARTINI! 2” Wedle obietnicy dziś próba przyjrzenia się samemu cocktailowi Martini oraz, jak już wspomniałam tydzień temu: „historyczna kwestia zmniejszania ilości wermutu” w nim właśnie… Do Europy nasz drink trafił pod nazwą Martinez, która to wcześniej była wielokrotnie modyfikowana jak Stany Zjednoczone długie i szerokie. Modyfikowana to słowo „podpucha”: ludzie przekazując sobie wieści o wspaniałym napitku po prostu przekręcali jego nazwę :-) w końcu- z gęby do gęby, a rzecz tyczy się… gęby! No ale przyszło niejakie Martinez: najprawdopodobniej z San Francisco, „spłodzone” przez Jerry’ego Thomasa znanego jako jeden z największych barmanów wszechczasów, a do tego „błogosławionego” miksologii. Jak powstał cocktail Martini? Ile w tym prawej prawdy jest- nie powiem Wam, ale sympatyczna historia glosi, co następuje: Pewnego razu do baru, w którym pracował nasz „profesor” (nawet tak nazywali Jerry’ego klienci baru) przyszedł Hiszpan pragnący wyleczyć hang - over (kaca) :-). Pierwszy podany przez Jerry’ego Thomasa drink nie znalazł uznania gościa, w związku z czym ambitny bartender postanowił przyrządzić coś oryginalnego. Do angielskiego ginu dodał vermutu, gorzkich kropli i innych najlepszych jakościowo ingrediencji i tak spreparowany drink podał gościowi. Co się okazuje? Zadowolony i uleczony z kaca Hiszpan opuszczając bar, został zagadnięty przez naszego mistrza, dokąd to się rzeczony wybiera. Hiszpan odrzekł, że do Martinez, siedziby powiatu Contra Costa County, w obszarze San Francisco Bay. Informacja ta podsunęła Thomasowi pomysł, aby nowo wymyślonemu cocktailowi nadać nazwę Martinez. Kurcze, coś w tym jest, w sensie z tym kacem: Martini „wejdzie” jak już nie możesz, zmęczenie materiału, a i wprawi w ruch „soki życiowe” po prostu na kacu: te ziółka, ciut goryczy… Przechodząc już do „wymiarów” Martini, zacznijmy od tego faktu: w USA na przestrzeni 130 lat stosunek ginu do vermotu od proporcji 1:1 w 1860 roku wzrósł do 1:12 w 1990 r. I taki barmański trend trzyma się twardo po dziś dzień w Stanach: sukcesywne zmniejszanie ilości wermutu, który to ma już tylko „rzucać cień” do kieliszka :-) żartownisie utrzymują, że obecnie barmani w USA miksując Martini extra dry, mieszając gin w kubku mikserowym z drobno tłuczonym lodem i pochylając się nad nim, niczym zaklęcie, tylko słodko szepcą słowo „wermut”. Europejczycy preferują ogólnie „większe kwasy”, czyli w Martini większy dodatek wermutu wytrawnego. Podobno… Jak z tymi spornymi proporcjami? Krzysztof Wosk, autor serwisu bartender.pl mianem „oryginalnego Martini” określa cocktail w składzie: 45 ml ginu, 15 ml słodkiego wermutu+ porcja orange bitters. Natomiast wg tego samego pana, „klasyczne Martini” to: 45 ml ginu, 15 ml wytrawnego wermutu+ porcja orange bitters. Jeszcze inaczej to proporcja 75 do 15, a wersja „extra dry”, tak jak wspomniałam wyżej-w ogóle nie uwzględnia wermutu! Podsumowują, nie ma co się obrażać na zastane proporcje w danym lokalu. Wydaje mi się, że skład Martini ruchomy będzie zawsze. Jak zwykle kwestia gustu. Spróbujcie popróbować w domu, wczujcie się w te smaki, znajdźcie swój najbardziej indywidualny środek. Mój „wymiar” to pi razy oko: 75x15 :-) Marcjan 16 września 2011 „ZAPACH NIEPOWTARZALNY” „ZAPACH NIEPOWTARZALNY” … nigdzie na świecie. Albo mi o tym nie wiadomo… Zapach, no nie powiem- kończącego się lata, po co dobijać się spróchniałą deską. Powiem- zbliżającej się jesieni. Uczucie i odczucie, nie dość, że fizyczne, to jeszcze, a chyba nawet bardziej- metafizyczne. I duchowe. Przenikające człowieka do kości samej, mimo, że w teorii nasze kochane miasto Wrocław buzuje, kipi wydarzeniami artystyczno-kulturalnymi, a w przypadku teraźniejszego „początku sezonu”- zdecydowanie w sposób mocno przekraczający średnią krajowa coroczną. Stadion, walki, nowe muzeum, boom koncertowo-performatywno-imprezowy. I wiele, moc cała więcej! Takie to uroki i uroczyska naszego miasta, w końcu jak przystało na kulturalną stolicę. Wróćmy do zapachu niepowtarzalnego. Jak go złapać? Wskazane pory dnia to wczesny poranek, dlatego nie wwąchujcie się w powietrze wracając bladym świtem imprezy. Bo jeszcze i niepotrzebnie całkiem poczujecie coś, czego post fatum szczerze i niestety do bólu żałować będziecieJ Polecam natomiast dość wczesny wieczór. Wczesny jak dla nas, zwierzo-marków nocnych. Teraz? To jakaś na oko 21-wsza godzina. Plus, minus. I to będzie taki chłód, zupełnie przyjemny. Nawet dla zmarzluchów totalnych. I ten zapach. Zapach końca, ale i początku. Warto go uchwycić choćby na moment, zważywszy na fakt, że tyczy się jesieni, a nasz środkowoeuropejski klimat konsekwentnie z każdym kolejnym rokiem gubi gdzieś pory roku „przechodnie”, poddając nas bezlitośnie huśtawce na linii: lato-zima, zima-lato. Szok termiczny to mało, gorzej to działa na ludzkie psyche… Życie? Chyba tyle da się powiedzieć. Albo, wersja dla racjonalistów- sceptyków: sami sobie aerozolami dziurę ozonową wydłubaliśmy na maxa i teraz mamy klimat szalejący… Jak to Rafał przedwczoraj oświadczył tonem nie cierpiącym kszty sprzeciwu: „Zaczyna się…”. Co? Wrzesień w toku i… tłoku. Ludzie zjeżdżają się tłumnie i ochoczo do Wrocławia. Taki flakowo-nudny rytualik. Jak co roku. W konsekwencji oznacza to miażdżące ożywienie w przestrzeni klubów. (Choć w „Szajba” i tak w ciągu tego, jak zwykle za krótkiego lata, „ożywała” tłumnie, szczególnie łikendową porą.) Ożywienie musi mieć jakiś porządny „zaczyn”, smakowitą „kiełbaskę” (nie, na litość, to nie jest żadna aluzja do wyborów). Ocierajmy gorące od mijającego lata łzy i wchodźmy w nowe, amortyzując się wrześniową, imprezową i naprawdę zajebistą ramówką „Szajby”! Endżoj ludzie- stali i nowi!! Szczegóły licznych imprez w 9. miesiącu, w „Sz.”- patrz strona główna Klubo- galerii. Marcjan 23 września 2011 „KUCHENNO-BARMAŃSKIE REWOLUCJE, VOL.1” „KUCHENNO-BARMAŃSKIE REWOLUCJE, VOL.1 Ostatnio zapanowała swoista moda na „przekwalifikowywanie” się zawodowe. Ludzie, i słusznie zaczęli utwierdzać się w przekonaniu, że wcale się pogoń pieniądza jest najważniejsza, a zawód pod tytułem „upupienie (w idealnej sytuacji) 8-godzinne za biurkiem” jest i mało kreatywne, i przyprawiające o początki depresji… I nagle, w ramach zerwania z życiową, dotychczasową monotonią lud rzucił się masowo na podbój zawodów rzemieślniczych, a więc m.in. na szkółki posiadające w swej ofercie edukacyjnej wszelkiej maści kursy barmaństwa choćby. Umówmy się: z tej całej chętnej i napalonej na zawodowe robienie kolorowych i fajnych drinków chordy, może 1% ziści swoją mrzonko- fanaberię. Reszta odpadnie, jak to zwykle- pchana słomianym zapałem i miażdżona, niestety konkurencją- i w tym fachu coraz większą… Mam zatem propozycję dla mniejszych napaleńców, a bardziej racjonalistów. Swój wielki podbój najmodniejszych lokali od strony „za kontuarem baru” zacznijcie… u siebie w kuchni! Taka próba kuchenno-barmańskich rewolucji „private” w klarowny sposób pomoże wam uzyskać odpowiedź na pytania w stylu: Czy ja tego tak naprawdę chcę? Czy się nadaję? (By spełnić punkt drugi, należy zadbać o „publiczność” (też: testerów) swoich gastro-alkoholowych wyczynów, wszak prawdziwy barman= ”zwierz” cholernie interpersonalny). Jak się do tego wszystkiego zabrać? Dziś etap przygotowawczy z zaznaczeniem, że zbędne są nam książki, Google czy porady specjalistów. Oczywiście najpierw zaplecze techniczne… Ceny szejkerów zaczynają się od kilkunastu złotych. Ale nie polecam ryzykować krwawej mery na śnieżnobiałej koszuli, dlatego warto zainwestować te 50-60 złotych, za które uświadczyć już można sprzętu trzymającego się kupy. Szejker jest, a jeszcze lepiej, bajka jak macie blender. Znaczne poszerzenie barmańskich możliwości- i w domu, i w prawdziwym lokalu. Lód w kostkach to dziecinada, z kruszonym wbrew pozorom też nie będzie problemu, a przygotowując go można się skutecznie wyżyć: lód heja do worka albo bawełnianej ściereczki, szczelnie zawiązać i tak przygotowanym „tobołkiem” walić w podłogę/ścianę do uzyskania skruszonego lodu. Albo wziąć poręczny młotek i nim miażdżyć zawiniątko. Mamy sprzęt podstawowy, lód. Teraz syrop cukrowy: po prostu 2 części cukru do 1 części wody. Cukier rozpuszczamy w podgrzewanej wodzie i uważamy, żeby jej nie zagotować. Gotowe. Termin przydatności do spożycia: nawet do 4 tygodni! Pod rękę: sporo limonek i/lub cytryn. Co kto woli. Czas na sięgnięcie do kredensu w poszukiwaniu fajnego szkła do podawania naszych finalnych eksperymentów. Jeszcze rzut oka na produkty, które wykorzystamy do efektownego garnirowania. (Udajmy, że nie widzimy tandetnych, kolorowych parasolek:) Po przygotowaniu/odkurzeniu wyżej wymienionych, czas na zakupy/wyjście do ogrodu (kto ma)/zejście do piwnicy (kto ma) w poszukiwaniu inspiracji oraz produktów niezbędnych w naszych kuchenno-barmańskich rewolucjach:) Cdn. Marcjan 29 września 2011 „KUCHENNO-BARMAŃSKIE REWOLUCJE, VOL.2” Zadumałam się konkretnie nad przygotowawczo-technicznymi rewolucjami kuchenno-barmańskimi sprzed tygodnia… Co jeszcze jeśli chodzi o absolutne „ABC” powyższego? Tak, tak. To co już zostało powiedziane wydaje się być całkowitą oczywistością na poziomie zerówki. Z doświadczenia, a bardziej obserwacji pozwolę sobie zaznaczyć, że to, co takie niby jasne jest- w rzeczywistości nie jest, bo człek jest z natury wszechwiedzący i taki chce być za wszelką cenę. Więc nie wspomniałam o „sztućcach”, szczególnie ostrych, zgrabnych, nie za dużych nożach (chyba, że ktoś garnir robić będzie ze filetowanych ryb :-) ) - proste, ale bardzo ułatwi Wam życie, a raczej walkę w kuchennym barze z prawdziwego zdarzenia. No i sitko- także małe, co by wszelkiej maści przelewanie szło zgrabnie i kończyło się w zgodzie z estetyką. Podsumowując: po pierwszej próbie, kiedy złapiecie falę, z którą popłyniecie, tj kiedy jakiś mix bardzo Wam i zgromadzonym posmakuje, sami złapiecie, co by się przydało ze sprzętu musowo, a co w opcji ewentualnie. W jaki sposób zacząć? Proponuje 2 rozwiązania. Pierwsze dla tych wszystkich, którzy z uporem i determinacją maniaka chcą w swojej (lub „pożyczonej” :-) ) kuchni odtworzyć drinka/koktajl znany im z ulubionej knajpy, za którego dadzą się pociąć i bardzo żadko odstępują od spożywania go. No więc „dupka w troki”. Zostawcie wyszukiwarkę plus inne mądre kolorowe czasopisma „złota rada”. Spróbujcie odtworzyć tego drinka jota w jotę (mam nadzieję, że chodzicie do na tyle szanujących się knajp, które podają skład i gramaturę swoich koktajli?). Ale nie tępo odtworzyć- wzór plus duża doza intuicji oraz tańsze zamienniki alkoholi (wersja dla ekonomistów). Cierpliwości. Drugie rozwiązanie dla antytradycjonalistów: metoda sezonowa. Kończy się lato, no dobra już się skończyło, pogoda mnie zmyliła… Ale pełnia sezonu naszych, polskich znakomitych owoców. Dawaj takie ćwiartki gruszki, ociekające słodyczą do blendera. Z owocami najbardziej „zażyłe” kontakty nawiązuje rum i tekila. Od bidy i wódka się nada. Teraz trochę późno, ale w czerwcu truskawki- zblenderowane z alkoholem, wypełnić kruszonym (tzn. bitym o podłogę) lodem i jaka margerita! Z arbuzem to samo. Metoda wbijania flaszki wódki w cały owoc jest przestarzała albo po prostu bez sensu. Pomęcz się trochę z obraniem arbuza, wcześniej kup taki bezpestkowy, podziab na kawałeczki, do blendera, ulubiony alkohol i bajka. Jeśli ktoś chciałby „imprezę zakamuflowaną”- gotowy blend dawaj do zamrażalki. Wychodzi „grzecz/szn” sorbet. „Kochanie ja nic nie piłem, byłem z kolegami na lodach…” Jak barmaństwo to i flair. Jak już się zamkniecie w tej kuchni i zechcecie poszanować, najpierw poćwiczcie z pustymi, plastikowymi butelkami. I to najlepiej na miękkim dywanie :-) Marcjan |