<
 




Blog - Pisze: Marcjan

SIERPIEŃ 2011


WRZESIEŃ 2011
SIERPIEŃ 2011
LIPIEC 2011
CZERWIEC 2011
MAJ 2011
KWIECIEŃ 2011
MARZEC 2011
LUTY 2011

  28 sierpień 2011

„PISANIE W SZAJBIE”

Duże i naprawdę odważne przedsięwzięcie. Proszę Państwa, mam przyjemność
(podszytą zdecydowanym podnieceniem kulturalnym, że tak ujmę) zakomunikować,
iż (ach, zdradzę!) z początkiem października w Klubo-galerii Szajba rusza…

No właśnie, tu problem z nomenklaturą określającą to, co będzie się działo na św.
Antoniego 2/4… Ok. Rusza cykliczna impreza performatywna: przez +/- kolejnych 10
wtorków, śród, może poniedziałków (dzień tygodnia jeszcze w toku ustaleń), niejaki
Teo Dumski sam siebie dosłownie „osadzi” w przestrzeni Szajby i na oczach gości
podejmie próbę napisania powieści! Co warto i należy zaznaczyć, będzie to pierwsze tego
typu wydarzenie: zupełne odejście od szablonu artysty literata skrytego za maszyną do
pisania w swojej samotni odizolowanej od reszty świata. Pisanie w Szajbie to
kulturalno-artystyczno-literacka „nowa jakość” plus szansa na debiut młodego literata.
Widzowie , będący równocześnie świadkami performatywnego pisania będą mieli
niepowtarzalną okazję obserwować proces powstawania oraz ewolucji powieści. Inspiracją
będą prawdziwe historie mieszkańców Wrocławia oraz gości i osób współtworzących
Klubo-galerię Szajba, która od samego początku istnienia konsekwentnie realizuje swoją
filozofię, tworząc scenę zawsze otwartą dla młodych twórców, niezależnie od dziedziny sztuki.

Każdy cykl pisania trwać będzie ok. 2 godzin. Oczywiście nie będzie to nieme stukanie
w klawiaturę: podczas kolejnych spotkań Teo Dumski będzie prowadził rozmowę
(i to bynajmniej nie w wirtualnej przestrzeni) z bohaterami swojej powieści.

Co więcej, każdy z Was będzie mógł wziąć „żywy” udział w pisaniu. T.D. oczekiwać będzie
wszystkich chętnych i żądnych zaistnienia jako bohater literacki. W jakim stopniu
autentyczny czy fikcyjny- do pertraktacji.

Ważne: jeśli w trakcie któregokolwiek pisania (wersja dla bardziej skrytych- tuż po)
dojdziesz do wniosku, że to jakiś stek bzdur, a „to nie było tak, a tak”, koniecznie
i głośno to powiedz.

By zbudować interakcję z widzami, świadkami, gośćmi pisania powieści w Klubo-galerii,
a także zapewnić absolutny dostęp do tego, co już zostało napisane, kolejne rozdziały
będą niezwłocznie publikowane w miesięczniku Szajby oraz Internecie.

Niebawem zostanie ogłoszony dzień i godzina Wielkiego Prologu, podczas którego poznamy
bohaterów i nieco bliżej- samego autora…


Marcjan

19 sierpień 2011



„KaTaR”

Nie dość, że państwo to i półwysep. Hen, hen daleko, bo leżące we wschodniej części Półwyspu Arabskiego nad Zatoką Perską. Sercem- miasto Ad-Dauha:



Cóż. Można by kojarzyć to państwo z bezkresną i dziką pustynią, a tu się okazuje (co doskonale obrazuje zdjęcie stolicy umieszczone powyżej), że biednym państwem Katar nie jest: nie dziwota, bo… 2 słowa kluczowe: gaz ziemny (przez jakiś czas największe jego pokłady na świecie!) i ropa naftowa , i to zarówno wydobycie i przetwórstwo. Ale to nudne Z pewnością natomiast o Katarze głośniej zrobi się w 2022 roku, kiedy to egzotyczne państwo będzie gospodarzem Mistrzostw Świata w nożnej piłce.

O innym Katarze już głośniej, dosłownie i w przenośni zrobiło się w miniony wtorek w Klubo-galerii Szajba. Chodzi oczywiście o zespół KaTaR, czyli trio wrocławskich muzyków, którzy dali sympatyczny w moim odczuciu koncert na deskach Szajby. No i już na wejściu, jak dla mnie drażniące jest określenie muzycy: lepiej i raczej- uzdolnieni multi-instrumentaliści, naprawdę sprawnie żonglujący mało znanymi przyrządami muzycznymi. Obok klasyki czyli gitary elektrycznej czy saksofonu (tenorowego), cuda takie jak: lutnia saz, kalimba, didgeridoo, tabla, pakhavaj, drumla. Muzycy, co także widoczne, a bardziej słyszalne było we wtorek, instrumenty chętnie i z dużym powodzeniem zmieniają, by w efekcie, nawet najbardziej wymagający i ortodoksyjny koneser tematu nie mógł postawić zarzutu- szczególnie dotyczącego nudy, sztampy, sztucznie stawianych ram.

Jednego określenia, charakteryzującego gatunek muzyki uprawianej przez KaTaR, (na szczęście) nie wymyślono. Taki zabieg mógłby doprowadzić do pojawienia się syndromu szczelnej, pancernej szafy. Po co to i komu? No właśnie.

Wydaje się, że bazą muzyki KaTaR-u jest szeroko pojęta i rozumiana muzyka etniczna (w ich przypadku: muzyka afrykańska, arabska, bałkańska, „muzyka azjatyckich stepów”). A dalej, w zalezności od dobranego instrumentu- elementy jazzu, post rocka, indyjska, ambitne, folk, a nawet psychodelik. A w sumie, z obserwacji wtorkowej, wieczornej widowni w Szajbie- każdy wyciąga z tej muzyki, co sercu jemu najbliższe, a „wybór” jest całkiem spory. Mi, już po pierwszych minutach najbardziej przypadł dźwięk lutni saz (instrument z rodziny lutni długoszyjkowych, na którym można grać skale zawierające mikrointerwały, występujące i charakterystyczne dla muzyki arabskiej). Wydaje mi się, że w tym utworze „dosłyszeć” się można dźwięku lutni saz przyprawiającego (bynajmniej mnie) o straszne ciary:

www.myspace.com/katarmusic

Muzyka KaTaR-u w Szajbie „miała się raczej dobrze”, choć uważam, by aby spróbować ją pokontemplować i choć w kawałku zrozumieć, należy jej stworzyć warunki w stylu domowego azylu, intymnego wręcz sama na sam. A później, już utwór za utworem przenosić się w kolejne odległe i niedostępne na co dzień krainy, które oprócz, że egzotyczne, niczym jedna drugiej nie przypomina, każda skrywa swoje i wyjątkowe tajemnice…

Daj się ponieść muzyce KaTaR-u.



Marcjan

12 sierpień 2011



„O KÓLTÓRZE (JEJ BRAKU) NADMORSKIEGO PIW/V/F/A PICIA”

A co, pozwolę sobie na taką swoistą pocztówkę z wakacji. Zaznaczyć chciałabym, co z przyzwoitości każdy minimalnie szanujący się pismak powinien konsekwentnie stosować, iż nie będę tu i dziś żadnych nazw własnych stosować. Wybrnę z tego dość prymitywnie, a mianowicie: prawiąc o piciu wakacyjnym piwa właśnie, zamiast wyświechtać jakąś tam popularną markę, stosować zamierzam „nazwy” w stylu: czerwono-białe, biało-czerowno-błękitne, zielone, zielono-białe czy całkiem czerwone. Co oczywiście dla każdego, mam nadzieję, potencjalnego czytelnika zrozumiałe być… będzie :-)

Miałam okazję spędzić całe 10 i to rozpustnych dni nad polskim morzem i to w mieścinie, gdzie naprawdę diabeł mówi dobranoc. I jako, że widok całkowicie pustej plaży (tak, tak- są nad Bałtykiem naszym zimnym jeszcze takie miejsca!) był mocno monotonny, to nudę tą (jak się okazało- całkiem kreatywną) przerywało nagłe i nieoczekiwane zjawienie się jakiegoś wczaso-delikwenta dzierżącego w swej łapce… piwko czerwono-białe (czy tam inne- ściąga powyżej). Ok- myślę. Ale zaraz następni tacy, następni, cudowne rozmnożenie! I żaden, przysięgam, żaden nie kosztował browaru, który by pochodził z „tej ziemi”…

I mimo, że jak się będę zarzekać, miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc, ci „oni” (turyści, przybysze z każdego zakątka Polski) zatargają tu te swoje piwo i… mamy do czynienia ze swoistą folkloryzacją, regionalizacją, a nawet świętością czy tabu. Mi się to w pierwszym odruchu skojarzyło z takim manifestem, że ci „tubylcy nie wiedzą co dobre, więc niech ujrzą, a to ichne to jakieś niewiadome i nikomu nieznane ‘gie’”.

Ja się tak bulwersuję, bo najzwyczajniej w świecie nigdy nie wierzyłam w taką argumentację: „bo to mi smakuje najbardziej”. Oni, my, ale i ja sama- spożywamy (w czołówce piwo) namiętnie marki, a co za tym idzie wartości spreparowane przez „wielkich” od marketingu i pjaru. A, że miałam szczęście spotkać na swej drodze mądrych ludzi, to i dowiedziałam się skąd się bierze to, że X chętniej sięga po zielone, a Y czerowne (nie, nie smak): tak zwane markowanie piwa. Sobie poszukajcie.

Zachęcam, na dowód tego, że pijemy z lubością marki, a nie pyszne piwko (często, nie zawsze) do przeprowadzenia ślepego testu: kilka osób, kolejno dostają po łyku jakiegoś tam piwa w kubeczku nieopisanym, a ty dajesz im listę np. 10 marek piwa. I niech biedaki kolejno zaznaczają, co w danym momencie piją. Ubaw po pachy, jak wam wyjdzie, a wyjdzie, że ten, co to całe życie dawał sobie odjąć kończyny za to swoje zielone, nagle okaże się, że pijąc zielone, którego ‘nienawidził’, zarzekać się będzie, że to jego czerowne... :-)

A choćby ci moi obserowawani wczasowicze raz spróbowali wyrobku regionalnego- a nie „przywiezionego” ze swojego miasta: „Piję zielone, oto patrzcie- przyjechałem z Poznania!” do takiej manify wystarczą blachy auta... :-)

Marcjan

5 sierpień 2011



„MOJO ZNACZY CZAR…”

Lato w pełni. Pić się chce, a jeszcze bardziej niż banalne nawodnienie, pożądane- orzeźwienie (rym przypadkowy:-)). Nuta kwaskowatości, freszu, całość oczywiście bardzo zimna. „Mojo” oznacza w języku polskim czar, piękne słowo, a od końca snując tę opowieść- zbawienie na nasze pragnieniowo-upalne bolączki- czyli bardzo popularny i równie smakowity- drink mojito, który w Szajbie uczciwie zasłużył na miano jej chluby…

Rzecz z mojito jest stosunkowo skomplikowana: wiele sporów dotyczących jego składu, proporcji, podawania. Zanim jednak o oryginalnej recepturze wprost z rozgrzanej Havany, spójrzmy na kartę historii…

Początek dawno, niecałe 5 stuleci temu, podobno około 1586 roku. Ojciec-twórca receptury- niejaki Richard Drake, dlatego właśnie na początku nie mojito, a dźwięcznie- „Draque”. Teraz wyobraźcie sobie albo przywołajcie popularny film „Piraci z Karaibów”, bo dokładnie w takiej scenerii, nasz Richard rabował wysepki położone na morzu Karaibskim. Docelowo, tym morskim wilkom chodziło o najtłustszy kąsek czyli Havanę- teraz stolica Kuby, wtedy- bardzo bogate miasto. I właśnie tam narodził się pierwowzór mojito, którego ówczesną bazą był tajemniczo brzmiący trunek- aguardiente- taki prymitywny prototyp dzisiejszego rumu. Co najciekawsze, tym pierwszym mojito nie raczono się dla przyjemności, a stosowano go do celów… medycznych! Wielki i tak lubiany przez nas przełom nastąpił dopiero około połowy XIX wieku, kiedy na „światową scenę” alkoholi i, co za tym idzie- barmaństwa wkracza Don Facundo !Bacardi! Masso ze swoim znacznie subtelniejszym rumem niż karaibskie aguardiente- nam znane jako po prostu Bacardi.

Zaczęło się w Havanie i do Havany wróciło najlepsze mojito na świecie. A dokładnie to serwowane w restauracji La Bodeguita del Medio, która pierwotnie była sklepem. Otworzył ją w roku 1940 pan Angel Martinez. Doszukano się informacji (podobno jest to pisemnie potwierdzone), że bywalcami tego lokalu, których celem było wypicie mojito byli m.in. Ernest Hemingway czy Bridget Bardot. Nieźle.

No i posumowaniem niech będzie ta oryginalna receptura mojito, bo zaskakująco odmienna od tego, co znamy, pijemy i niemal kochamy:

Rum, zostaje. Cukier- owszem madlerowany z miętą, ale nie brązowy, a… biały! I mięta nie „zamęczona na amen”:-) Sok z limonki- nie wygnieciony, a wyciśnięty i to z całości. Największy (dla mnie przynajmniej zong :-)) to lód- nie kruszony, a w całych kostkach. Woda jako wykończenie- zostaje, ale też ostrożnie, co by nie utopić naszego mojito. Woda nie sprajt…:-)

Marcjan