<
 




Blog - Pisze: Marcjan

MARZEC 2011


WRZESIEŃ 2011
SIERPIEŃ 2011
LIPIEC 2011
CZERWIEC 2011
MAJ 2011
KWIECIEŃ 2011
MARZEC 2011
LUTY 2011

  31 marca 2011

„BUDWEISER NA FRONCIE”

Odcinek drugi z cyklu, co mamy dobre, co mamy z kega. A więc piwo, tuż obok Grolscha, a jest nim, jak już dobrze pewnie wiecie- Budweiser. Więc i w tym przypadku konsekwentnie: niepospolicie, troszkę egzotycznie. Tu, na samym początku pozwolę sobie wcisnąć swoją, konsumencką preferencję, a mianowicie, słowem- wolę Grolscha. Jednocześnie intryguje mnie bardzo, które z tych dwóch piw bardziej i częściej trafia w Wasze, piwoszy gusta.

Co by się merytorycznie orientować w sytuacji zamawiania piwa lanego w Klubo-Galerii, słów parę, skrótowcem historyja, ciekawostki- zwłaszcza ta dotycząca, trwającej, co całkiem ciekawe po dziś dzień „budwarowskiej piwnej batalii”, którą toczą sympatyczni sąsiedzi Czesi z nieco ( w tej i nie tylko pewnie w tej sprawie) rozmegalomanowymi Amerykanami…

Rzeczone piwo znane jest na świecie pod takimi nazwami jak: Budweiser, Budvar, Bud czy Budejovicky Budvar. Co dość oczywiste, nazwa/-y pochodzi od czeskiego miasta Ceske Budejovice (wybaczcie- piszę bez tych rozlicznych, charakterystycznych dla języka czeskiego: daszków, kreseczek itp.).

Jako pierwszy piwo Buweiser produkował Czeski Browar Akcyjny, założony w (spolszczona i popularniejsza nazwa miasta) Budziejowicach kupę lat temu, a dokładnie w 1895 roku. Browar powstał w czasie prawdziwego boomu w przemyśle piwowarskim, który nastąpił po roku 1860, kiedy to wprowadzono przepis pozwalający na wytwarzanie alkoholu nie tylko w danym, jednym regionie.

Budweiser od samego początku był mocnym graczem na piwnym rynku: tylko w ciągu jednego, pierwszego roku produkcji z wyprodukowanych 50 tysięcy hl sprzedał aż 30 tys. hl piwa!

Historia tego browaru jest dość złożona, naszpikowana wieloma liczbami i obfitująca w różne „pod- i około- historie”, zawirowania i nieoczekiwane zwroty, dlatego postanowiłam przytoczyć tylko garść faktów. Np. w roku 1913, na całym świecie sprzedano aż 200 tys. hl piwa. W czasie I. wojny światowej znacznie zniszczono browar oraz zarekwirowano wyjątkowy słód. Międzywojnie to epizod modernizacyjny produkcję: m.in. do wytwarzania Budweisera zaczęto używać znakomitej wody ze studni artezyjskiej o głębokości dochodzącej do 300 metrów! Już wtedy eksportowano piwo do choćby obu Ameryk, Chin, Palestyny, Senegalu czy Syrii :-O

Po inwazji Niemiec, w okresie III Rzeszy browar budziejowicki dostępny był wyłącznie w krajach nazistowskich. W 1967 roku odzyskał on całkowitą niezależność.

Przeskoczmy do dziś. W chwili obecnej, Budweiser posiada ok. 35%- owy udział w całościowym eksporcie Czech, w roku 2000 zarejestrowano sprzedaż na świecie 840 tys. hl piwa, a w zeszłej dekadzie na rozwój browaru Czesi wydali 2 miliardy koron!

Czas na „amerykańsko-czeską wojnę” o Budweisera. Rzecz jest skomplikowana, więc nieoceniona pozostaje Wikipedia, która (po skonfrontowaniu treści ze źródłami „książkowymi”) okazała się całkiem rzetelnym i nie tak zawiłym, w przypadku tego tematu- informatorem:

„Nazwa piwa Budweiser pochodzi od niemieckiej wersji nazwy Budziejowice (Budweis) i jest używana również przez amerykańską firmę Anheuser-Busch, produkującą jęczmienno-ryżowe piwa. Spór o nazwę sięga XIX wieku – kiedy w 1875 roku budziejowicki Budweiser Bürgerbräu rozpoczął do Stanów Zjednoczonych eksport swoich produktów, które szybko zyskały tam uznanie. W 1878 marka Budweiser została tam zarejestrowana przez Carla Conrada, przedsiębiorcę z St. Louis, który wraz ze swoim przyjacielem, Adolfem Buschem (Niemcem z pochodzenia) zaczął produkcję piwa „typu czeskiego” (jako firma Anheuser-Busch). Budziejowickie browary argumentowały, że nazwa Budweiser nie jest nazwą własną i może odnosić się tylko do piwa produkowanego w tym mieście. Pierwszy prawny proces o prawo do marki rozpoczął się już na początku XX wieku i zakończył się ograniczeniem dystrybucji amerykańskiego Budweisera na rynku europejskim i zmianą nazwy[1]. Konflikt toczył się nadal i dwie wojny światowe oraz okres komunistyczny nie doprowadziły do ostatecznego rozwiązania tej sprawy

. Istniejące spory prawne powodują, że współcześnie w niektórych państwach oba piwa przyjmują inne nazwy: czeski Budvar bywa sprzedawany jako Czechvar natomiast amerykański Budweiser – jako Bud lub Anheuser-Busch B. W 1996 r. wystąpili również do Unii Europejskiej o rejestrację nazwy tego piwa jako zastrzeżonego znaku towarowego, ale Budějovický Budvar złożył sprzeciw. Unijny Urząd ds. Harmonizacji Rynku Wewnętrznego odrzucił więc prośbę Anheusera-Buscha. Amerykański browar odwołał się następnie do europejskiego sądu powszechnego, który w marcu 2009 r. podtrzymał decyzję unijnego urzędu. W 2010 roku Trybunał Europejski w Luksemburgu ponownie potwierdził prawa czeskiego browaru do marki Budweiser. Oznacza to, że Amerykanie nie będą mogli zastrzec marki w całej Unii Europejskiej, mogą tego natomiast dokonać w poszczególnych krajach, w których Czesi nie zarejestrowali swojego znaku. Obecnie czeski browar ma zarejestrowaną markę w 19 krajach Europy[3], natomiast ogólnie posiada 308 zarejestrowanych marek w 101 krajach.”

Źródło: Wikipedia Polska

spór najlepiej podsumować w ten sposób: fakt pozostaje jeden: Piwo było produkowane w czeskich Budziejowicach już 200 lat przed odkryciem Ameryki przez Herr Kolumba. Amen.

Ogólnie rzecz ujmując, najpopularniejszym i najchętniej pitym „wyrobkiem” browaru w Budziejowicach jest Budejovicky Budvar svetly lezak, czyli po ludzku: jasny lager o zawartości alkoholu 5% i ekstraktu 11,9%. Z perspektywy prawie- nieamatora piwa, co jest nawet (pochwalę się) spójne z tym, co twierdzi sam producent, dodam, że dla Budweisera charakterystyczny jest jego kolor: bliźniaczy ze szczerym złotem (naprawdę, przypatrzcie się!) i piana o solidnej strukturze (długo się trzyma ;-) ). Wyczuwalny w aromacie jest świeży chmiel i bardzo delikatna nuta goryczy.

Choć każdy czuje, to co chce czuć, a dużo zależy od tego, jak, w jakich ilościach i okolicznościach piwko spożywamy;-) Ale akurat w przypadku Buweisera „coś” jest na rzeczy…

Tylko błagam, nie zabijajcie złota syropkiem…

Marcjan


„GROLSCH- OT CO”

Zielono, zielono, jeszcze nie do końca, za moment przyroda eksploduje i takoż będzie wszędzie. U nas, w Szajbie, zielono cały rok. Bo takiż design Grolscha, takie zielone światełko.

Wcale nie takie popularne u nas, w Polsce piwo. I tu, w Klubo-Galerii też mogliśmy pójść w sztampę, nudę taką piwną, co jej pełno na każdym kroku. Daleko szukać, choćby wrocławski rynek. Bo „z Polski”, bo „prawie robi różnicę”, a my mamy Grolscha (z kija lane, w sąsiedztwie Budweisera- o nim następnym razem). Skromnie by rzec- piwo przyzwoicie odbiegające od normy. Niby znane, słyszane, pite, bo fajna butelka, ale tak naprawdę, pijemy, namiętnie, nie jedno i nie dwa, co weekend, a i w tygodniu, a… nie wiemy co tak naprawdę.

Do rzeczy.

Piwo narodziło się w 1615 roku, w holenderskim mieście Grol, stąd nazwa, a konkretnie uwarzył je niejaki Peter Cuyper. To, co dla wielu stanowi dodatkową atrakcję piwa, czyli zamknięcie butelki typu Swingtop pojawiło się już dawno temu, a mianowicie w roku 1897. Co ciekawe a propos tego zamknięcia, po drugiej wojnie światowej, kiedy nie czarujmy się, praktycznie wszystkie browary z powodu znacznie zubożałych budżetów, przerzuciły się na znacznie tańsze opakowania swoich piw, Theo de Groen – ówczesny właściciel browaru produkującego piwo Grolsch – powiedział: „To mój wybór jak zamykam moje piwo”. Odtąd butelka z wytłaczanego, grubego, zielonego szkła, posiadająca charakterystyczne zamknięcie typu Swingtop przypomina, że piwo to jest połączeniem sztuki i rzemiosła oraz niekonwencjonalnego myślenia.

Marka Grolsch odgrywa istotną rolę w gospodarce Holandii, czego ukoronowaniem był gest holenderskiej rodziny królewskiej, która w 1995 roku nadała browarowi tytuł „royal”. Było to symboliczne nagrodzenie piwa za ponad 100-letnią tradycję najwyższej jakości warzenia piwa, opartego na precyzyjnie opracowanej recepturze.

Wielki come back Grolscha w Polsce zawdzięczamy Kompanii Piwowarskiej, która 1. sierpnia 2009 roku przejęła dystrybucję marki na terenie naszego kraju od CEDC.

Działania Kompanii Piwowarskiej w obrębie marki Grolsch nie pozostawiają miejsca na przypadek. Trochę w sumie uśmiałam się, kiedy wyczytałam, że jest to piwo „dedykowane” osobom młodym, w przedziale wiekowym, ni mniej, ni więcej jak 25-35 lat, „niezależnych duchem i podążających własną drogą”. Sami oceńcie czy coś w tym jest…

Obecnie, Grolsch powstaje w ekologicznym, holenderskim browarze w mieście Enschede. Warzony jest w niskiej temperaturze, której to zawdzięczamy jego charakterystyczny, niepodobny do żadnego piwa, posmak. Jest to piwo typu lager, o zawartości alkoholu 5% oraz ekstraktu- 11,3%. Jak zaleca producent, najlepiej smakuje schłodzone do temperatury 6-8 stopni.

Jak powiem jeszcze o Budweiserze (tu rzecz bardziej kontrowersyjna, ale to następnym), to na już prawie sakramentalne pytanie w Szajbie: „Grolsch czy Budweiser?”, wyboru dokonacie w 110% świadomie :-)

Marcjan

18 marca 2011



„DIGITAL FASHION SHOW”

12. marca zamknęliśmy Szajbę. Co oznacza, że musiała być to okazja nie lada. (Nie, nie wyłączyli nam prądu;-)). Mianowicie, właśnie w ostatnią sobotę Klubo-Galeria przeistoczyła się w najprawdziwszą, modową stolicę Dolnego Śląska, za sprawą finału Digital Fashion Show, który tak naprawdę daleko hen wyszedł poza samą modę- jako taką. Było całkiem uroczyście, cyfrowo, cybernetycznie też i magicznie.

Pokrótce o samym projekcie. Zacznijmy od tego, że jest to pierwsze tego typu przedsięwzięcie na gruncie polskim, będące w swej istocie próbą rzucenia zupełnie nowego, świeżego spojrzenia na „dyscyplinę” jaką jest pokaz mody, a konkretniej- film z pokazu mody/film modowy. By zmaterializować podstawowy zamysł Digital Fashion Show, należy z pewnością zaznaczyć, że w tym kontekście ugryzienie tematu (film z pokazu mody) nie ma nic wspólnego ze statyczną kamerą, kamerą jeżdżącą i ogólnie- drętwą rejestracją (i później - projekcją) z wybiegu, po którym przechadzają się modelki.

Digital Fashion Show to moda niebanalna- kreacja młodych, niezależnych projektantów, będąca jądrem całego projektu. Tu, moda zostaje osadzona w (nierzadko) niemalże paranoiczno-fantastycznym obrazie, który choć taki zdaje się być, paradoksalnie posiada scenaryjny szkielet i prawie- fabułę. Obraz, obrazy i film tworzy całe „show”- w równoprawnym towarzystwie dźwięku i muzyki.

Muzyka niczym psychodeliczna sinusoida, o niczym nieograniczonej ilości załamań i nagłych, porywających wzniesień. Ciężko oszacować, o ile, za pośrednictwem obrazu i dźwięku, zwiększa się siła szeroko-sensulanego oddziaływania samej mody.

Z mojej perspektywy, te 5 filmów (dzieło grupy blisko 70 osób- pasjonatów mody, muzyki, filmu, sztuki charakteryzacji) to w skrócie- „poziom światowy”. I Ci z Was, którzy w ubiegły weekend okazji nie mieli, mam nadzieję, że będą mogli nie zobaczyć, nie usłyszeć, a przeżyć Digital Fashion Show podczas międzynarodowych festiwali/modowych eventów (takich jak np. Fashion Week w Łodzi). W chwili obecnej szykowana jest już edycja jesienna.

Zobacz filmy DFS: DIGITAL FASHION SHOW

Marcjan

10 marca 2011



„SZTUKA W 3 AKTACH”

Miałam siedzieć cicho, ale da mi spokoju, jak nie zdam, swego rodzaju raportu z 8. Marca, w rozumieniu- Dnia Kobiet.

Tak się złożyło, że ten tu, we Wrocławiu słoneczny dzień, cały od świtu do czarnej nocy latałam po mieście jak kot z pęcherzem czy diabeł wcielony: tyle spraw, proza życia.

Ilość wychodzonych kilometrów przekłada się wprost proporcjonalnie do ilości minionych ludzi, a więc i KOBIET.

Zawsze miałam syndrom „gapi się jak sroka w gnat”. Fascynują mnie ludzie, a idąc krok dalej, moje skojarzenia pierwsze są dziewiczo najbardziej szczere, a zwłaszcza nierzadko trafione. I mijając „te” kobiety pomyślałam: „Z tymi (w większości) zwiędłymi tulipanami, z zapadniętymi główkami, wyglądają jak „naznaczone”.

Ponadto, może maksymalnie jedna na 10-15 kobit posiadała, jakkolwiek wątły, jednak uśmiech na twarzy. Straszne. I przykre. (Pomijając fakt, że większość tych badyli wyglądała jak psu z gardła i nie grzeszyła prezencją, tak jakby kwiatki mówiły: „Taki lichy jestem, ze praktycznie mnie nie ma, więc nie patrzcie, bo mi wstyd”.)

No właśnie. „Naznaczone” chyba płcią swą kobity. Jeśli ktoś preferuje niesprawiedliwe „łatki”, pewnie przyszyje mi feministkę i to wojującą, niespełnioną. A proszę. Sęk w tym, że z tym 8. Marca jest wg mnie dokładnie tak samo jak np. z Walentynkami. Nagle: „Jesteś wyjątkowa, najatrakcyjniejsza i w ogóle viva lamour! Odstawmy się, zlejmy flakonem bosa czy wersacze. Zapożyczmy się na wykwintną kolację w droższym fastfudzie. Chodźmy do kina. A tym tulipanem naznaczam cię jako moją!”

Data być musi, a cały rok jak jest każdy widzi, wie i przerabia na własnej skórze. „Święto” nie tylko hipokryzji, ale co smutniejsze- doraźności.

Co do kwiatów, jak większość kobiet lubię je, a cieszą mnie tak prawdziwie te „bez okazji”, choćby była to, zasikana przez kundle, stokrotka uszczknięta z miejskiego parku.

Podsumowując, z powodów ww, właśnie dlatego z tak żywym entuzjazmem zareagowałam na szajb owy DZIEŃ ŚLEDZIA (gra słów autorstwa Rafała K.). bez wymuszeń, konwencji, a zamiast kwiatka: śledź w gębę i w tango! A niech pachnie ;-)

Heh, to była impreza w Szajbie- ze śledziem i nawet Panem Młodym. Zostawmy to już.

Wprowadźmy się lepiej w wiosnę. Już czas. Zrzućmy ciężkie kożuchy i gryząco-drapiące swetrzyska.

Nie powiem, że powiew (wiosenny też) mody, bo to będzie totalne tornado- wszelkich modowych i innych, szeroko artystycznych inspiracji. Doznacie ich w tę sobotę i niedzielę w Klubo-Galerii Szajba przy okazji Digital Fashion Show, o zamyśle którego mówi Grzegorz Twaróg: „Chcemy włączyć świat mody w przestrzeń sztuki multimedialnej, dzięki współpracy pomiędzy artystami, specjalizującymi się w różnych dziedzinach twórczości; filmie i muzyce”.

Zapraszam wszystkich, szczególnie w niedzielę na imprezę otwartą. Więcej na:
www.digitalfashionshow.pl

Marcjan

03 marca 2011



„DZIEŃ ŚLEDZIA”

Jako, że w tym roku Dzień Kobiet i tak zwane Ostatki są tego samego dnia, a dokładnie 8. Marca, wypadałoby poruszyć watki oba. Jednak ja odmawiam. Temat Dnia Kobiet, ze spokojnym sumieniem pozostawiam znanym mi dobrym piórom, specjalizującym się w rzeczach kontrowersyjnych, takich, jak dla mnie osobiście jest ten dzień. Ani słowa więcej.

Zdecydowanie bardziej zainteresowały mnie wspomniane, w miarę chyba odpolitycznione Ostatki- z dłuższym postojem na tło historyczne.

Zaczynając od samej nazwy tego dnia, mamy tu do czynienia niemal z cudownym rozmnożeniem: „zapusty”, „diabelski wtorek”, „kusy wtorek”, „ostatni dzień tygodnia kończący karnawał”, „śledzik”, „kusaki”, a nawet „podkoziołek”. Chyba starczy.

Jak już nakierowały nas te nazwy, chodzi o dzień poprzedzający początek Wielkiego Postu. Dla pełnej formalności związane jest to, jak to w Polsce, oczywiście ze świętem kościelnym, ale o tym, ode mnie nie usłyszycie ani słowa.

Szczerze mówiąc, z obserwacji mej „uczestniczącej” narodu polskiego, dochodzę do wniosku, że wbrew rodzimej tradycji nakazującej czynić okazję do balangi, nawet jeśli w rzeczywistości jej nie ma, w przypadku „śledzika”- okazyi tejże nie eksploatujemy na maksa. Owszem, parę plakatów na mieście, że dyskoteka, impreza ostatkowa, w „Teleexpressie” wspomną o tradycji śledzia i tzw. „Popielcu”. I tyle.

Za prawdziwymi Ostatkami zatęskniłam „studiując” staropolską tradycję- wtedy to mieli z tego dnia prawdziwe używanie! Kilka przykładów i może wcielimy na nowo część hulaszczych swawoli dziado-pradziadowo-folklorystycznych…

Prawdziwego megamaxa odstawiali na Ostatki w XVII wieku w dworach szlacheckich i magnackich. Absolutnym hitem muzycznym była przyśpiewka: "…nie chcą państwo kapusty, wolą sarny, jelenie i żubrowe pieczenie". Oczywiście słowo wcielano migiem w życie, bo stoły dosłownie uginały się pod ciężarem jedzenia i trunków (nasza 40-% wódeczka chowa się przy tamtych miodach i nalewkach ;-)).

Taniec, to też nie było coś na kształt „pitu-pitu” z nóżki na nóżkę przy Lady Gaga czy tam innej, ale eksplozje pałera na ichniej szych, dworskich parkietach. Ostatkowo wirowano w tańcach takich jak: młynek, hajduk, mazur, polonez czy taniec świeczkowy (?!?)

W Zapusty wyruszali „na miasto” po raz ostatni legalni kolędnicy. Obecny „cukierek albo psikus” to słabizna- w dawnej Polsce ekipie kolędników zawsze towarzyszyła najprawdziwsza koza! Poza tym, kto dziś, w „śledzika”, który wypada w marcu, czyli u progu wiosny, pomyślałby, żeby odstawiać taką powtórkę z rozrywki i łazić jako kolędnik? Wtedy- mieli łeb tam, gdzie trzeba- każda okazja do zarobku jest dobra, nie?

Mówię tu o Ostatkach, które kończą „tłusty tydzień” przed postem, a i wspomnę, że początkiem, jak dobrze pewnie wiecie, tego maratonu szaleństw jest naturalnie „tłusty czwartek”. Ale bynajmniej nie dlatego, że pączki i faworki smaży się na oleju. Też, ale tak naprawdę nazwa wzięła się od potrawy, ze słodkością nie mającą nic wspólnego: dawniej przygotowywało się na tę okazje ciasto nadziewane słoniną i smażone na smalcu. Fu! Słodkie pączki to młody nabytek- w Polsce pojawiły się dopiero w XIX wieku, a w ogóle - znane były już w Starożytnym Rzymie.

Kiedy impreza miała się ku końcowi, na stole stawiano tak zwany podkurek, czyli posiłek składający się z jaj, mleka i śledzi, który miał symbolizować przejście od mięsopustnych do postnych potraw.

Przyznam, ale to już na koniec, że do zainteresowania tematem zainspirował mnie Rafał, który wymyślił (genialne!) „Dzień Śledzia”. W domyśle, taka słodka parafraza Dnia Kobiet. W Szajbie postanowiliśmy zmaterializować połączenie tych 2 okazji, które mamy 8. marca, we wtorek. Tako zapraszam wszystkich, nie tylko Panie, tegoż dnia na imprezę „Śledzik+ Dzień Kobiet”, którą rozkręci dj Pan Młody w ramach Female Voices Party. A co by tradycji stało się zadość, zestaw pt. śledzik+kieliszek zmrożonej wódencji tylko 8 zł ;-)

Jeszcze wierszyk:

„Pączek”

To jest pączek
Gruby pączek.
Tłusty Czwartek
To dzień pączka
Pączka, bączka,
Obżartuszka
On jest pączkiem
Grubym pączkiem
Nigdy chudym
Nigdy szczupłym

Tomuś Szymusiak

Marcjan