Blog - Pisze: Marcjan

MAJ 2011


WRZESIEŃ 2011
SIERPIEŃ 2011
LIPIEC 2011
CZERWIEC 2011
MAJ 2011
KWIECIEŃ 2011
MARZEC 2011
LUTY 2011

  26 maja 2011

„LUDZIE JEDZĄ KWIATKI…”

Ale od początku.

Szajba, jak każdy teoretycznie wie, znajduje się w Pasażu Pokoyhof czyli w dość ścisłym centrum miasta. A jak to w centrum o żywą, nieskażoną i tlenodajną zieleń nie jest tak prosto…

Dlatego, dla umilenia i nadania swojskiego-sielskiego klimatu całościowemu wizerunkowi Klubo-galerii, posadziliśmy krzewy… To tak jak „wewnętrzne amortyzatory” Szajby, które na celu miały odwieźć daleko hen wasze stereotypowe myślenie o ‘klubach-molochach’, gdzie o to „swojskie” bardzo trudno. Żywe kwiaty, zawsze zgodne z sezonem, świece płonące nie tylko kiedy prąd nam wyłączają, regularnie zmieniające się wystawy czy co rusz nowe, unikalne krzesło, taboret, puf i poducha lub stolik niczym prosto z żurnala. Poza chęcią stworzenia dla was tego miejsca, samym sobie pragnęliśmy, nie da się ukryć zaspokoić głód estetyczno-artystyczny czyniąc azyl swój i od siebie- niemal intymny zamysł.

Wracając do botaniki. Botaniki obecnej dość bujnie jak na warunki betonowo-asfaltowe w ogródku Klubogalerii. Więc posadziliśmy (bez fachowości i łaciny) choinki, iglako-podobne, inne krzewy, palmy, rododendrony (powinniście zdążyć odwiedzić Ogród Botaniczny Wrocławski, w którym o tej porze roku jest ich tam kwitnących cudowne zatrzęsienie)… Co by grało z ogólnym klimatem kolorystycznym Szajby- donice fluorescencyjne i klimatyczne wiaderka niczym z sielankowych płócień Witolda Pruszkowskiego czy Józefa Chełmońskiego.

Inicjatywa w porządku, przyznacie. Pod wątpliwość nie lada trzeba jednak z czystej, ludzkiej uczciwości poddać fakt „nowego zastosowania” owych krzewów, w owych doniczkach wdrożonego przez niektórych gości Szajby- o, umówmy się- specyficznym poczuciu humoru.

Tak więc dozując kaliber tego „nowego zastosowania” ogrodowej roślinności, zacznijmy od „lajtowych” popielniczek: każdy jeden stolik zewnętrzny zaopatrzony jest w rzeczoną. Dodatkowo, w sztukach kilku- funkcjonują naprawdę pojemne, wolnostojące popielniczki „tackowe” i/-lub z dodatkowym kubełkiem na śmieci większe. A tu bęc!: brzydko mówiąc kiepy lądują w formie gęstych jeży w doniczkach choinek, iglako-podobnych i innych krzewów.

To naprawdę nie robi aż takiego wrażenia w porównaniu z takimi butelkami, butlami, buteleczkami, puszkami czy innego typu jeszcze flaszkami po napojach (oczywiście nie do znalezienia w menu Klubo-galerii), które niczym kwietniowy tulipan (nie raz, nie dwa- chętnie „adoptowany” przez bywalców Szajby; notowane były przypadki kwiatów ciętych- pogryzionych o zgrozo!) we flakoniku, w środku knajpy z premedytacją wetknięte są we wspomniane doniczki…

No i największy „smaczek” na koniec. Człowiekowi przykro się robi, kiedy wiedząc i na potwierdzenie - słysząc wasze zadowolone (nawet bardzo) głosy odnośnie jedzeniowej karty Szajby, znajduje się po hucznym weekendzie, do połowy skonsumowaną, znajdującą się w takim rododendronie czy iglaczku… knyszę(!)

Sumując. Pomysłowość ludzka niczym nieskrępowana jest. Wiemy. Ale na litość…

Marcjan

19 maja 2011



„RADIOMONUMENTY”

Są z nami od zawsze, od samego początku Szajby. Wiszą? Nie. To określenie jestestwa szajbowych radioodbiorników jest poniżej ich godności. One są, absolutnie współtworzą spójną całość Klubo-galerii- niczym monumentalne pomniki- nieusuwalny element krajobrazu.

O dziwo, no dobra, moim prywatnym zdaniem, Szajba w pełnej krasie prezentuje się najlepiej w godzinach do popołudniowych. Dokładnie tak samo jest w przypadku licznych radio. Mają różne, bardzo wdzięcznie brzmiące imiona. Część działa, jednak większość zamilkła snem wiecznym, po długoletniej służbie- pośrednio także biorąc udział w drodze do wolności. Każdy z tych monumentów skrywa w sobie swoją, intymną i na pewno ciekawą historię. A propos historii …

Guglielmo Marconi (syn włoskiego kupca z Lombardii) uznawany jest za wynalazcę radia. Eksperymenty z odbieraniem i przesyłaniem fal radiowych rozpoczął w 1984 roku. Eksperymenty te nie dość, że prowadzone w domowo-spartańskich warunkach, to jeszcze w całkowitej tajemnicy przed „całym światem”, co by nie wyjść na dziwoląga. No i tak, już rok później Marconi uzyskał łączność na odległość aż 1 km! Południowy, stereotypowy temperament Włochów, czyli „śpiesz się powoli i poczekaj do jutra” zmotywował wynalazcę do wyjazdu ze swoim pomysłem do Anglii.

Pierwsza, publiczna próba radia miała miejsce w 27 lipca 1986 roku, kiedy to dzięki, nie da się ukryć „znajomościom” Guglielmo mógł zainstalować sprzęt nadawczy na dachu Poczty Głównej w sercu Londynu. Natomiast odbiornik wyposażony w drukarkę Morse’a umieszczono na dachu budynku oddalonego od poczty o cały kilometr.

Kolejne lata to próby przekazania sygnału przez kanał La Manche, następnie, a był to już nie lada wyczyn- z Kanady do Anglii przez Ocean Atlantycki (!). Treścią tego drugiego była litera „S” z alfabetu Morse’a.

W Polsce pionierami radiotechniki byli oficerowie służących w jednostkach łączności armii zaborczych. W początkowych miesiącach istnienia radiotelegrafii, łącznościowcy radiowi, poza korespondencją wewnątrz wojskową utrzymywali kontakt z zagranicą, co owocowało porządnym doinformowaniem polskiej prasy (komunikaty giełdowe, meteorologiczne i wiadomości ogólne).

Początek radia „ucywilizowanego” w Polsce datuje się na 1 lutego 1925 r., kiedy to ze stacji nadawczej Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego na fali 385 metrów w Warszawie wyemitowano pierwszy program radiowy. Po fakcie tym, w sierpniu tego samego roku rodzi się „Polskie Radio”, a regularna emisja zaczyna się rok później. W eterze padają słowa: „Halo, halo Polskie Radio Warszawa, fale 480".

Co ciekawe, a z pewnością mało kto wie, to właśnie polska radiofonia jako pierwsza na świecie zainicjowała międzynarodową wymianę programów.

Wynalazek wszech-, ale obecnie- już prehistorycznych czasów. Jak chcesz z niemą nutą nostalgii wrócić do „tamtej” epoki, zasiądź w Szajbie i wsłuchaj się w piękną melodię milczenia starych radioodbiorników. My mamy sieć, a więc wszędobylskiego Fejsa z opcją „Lubię to!”. Siła i ponadczasowość radioodbiorników, nie tylko tych w Szajbie polega na tym, że owe „Lubię to!” przyznawał każdy kto żyw w „tamtych” czasach, tamtym maszynom…

Marcjan

12 maja 2011



„OGON KOGUTA HEJ! CZYLI COCKTAIL”

Rzecz formalna. Kontent zaraz, najpierw nomenklatura. Pozwolę sobie, tym razem odwrotnie niż tradycja nakazuje, stosować w nocie tej tylko i wyłącznie oryginalną nazwę cocktail, bez spolszczonego- koktajl. Dlaczego? Wersja pierwsza jakaś wg mnie milsza dla oka ( i tak ślepego w moim przypadku;-)).

Może zalatywać znów celami edukacyjnymi, realizowanymi przeze mnie w obu niniejszych blogach z uporem maniaka, jednak tłumaczę się już rzewnie: jest Szajba, jest w niej, spokojnie rzec można- moc drinków- w tym nie jeden autorski, wyjątkowy, nigdzie-indziej-nie-spotykany, a mnie jako zwierza-nieignoranta, ciekawiło co, po co, skąd i do czego…? Więc spróbujmy liznąć choćby ciut tematu.

Cocktail. Skąd kojarzenie z kogucim ogonem („cock” (kogut) i „tail” (ogon))? Podobno w okresie wojny rewolucyjnej, w Ameryce Płn. wielką popularnością cieszyła się rozrywka pod tytułem walki kogutów (oczywiście nie, że Amerykańce na to wpadli- „dyscyplina” przyszła do nich z Ameryki Płd. i Karaibów). Mniejsza o samą rozrywkę wątpliwej sensowności: kiedy emocje powolutku opadały, właściciel koguta czempiona stawiał „kolejkę” dla wszystkich widzów tego szoł. Oczywiście trunek serwował oberżysta/karczmiarz/właściciel saloon’u- wszak tego typu przybytki, od dawien dawna skupiały lud miejscowy żądny wrażeń między szarymi dniami życia codziennego. Wracając do naszego „barmana”: ciężko było, kiedy na hura miał podać wszystkim taki sam napitek. Wziął butelki z kredensu, jakie mu się pod rękę nawinęły, wzbogacił o dodatki niealkoholowe, mix ten przelał do konwi i zamieszał je… fruwającymi podczas walki koguciej kolorowymi piórami oraz piórami z ogona pokonanego koguta! Ludność cywilna była urzeczona smakiem tego napoju. Logiczne, nazwali go kogucim ogonem.

Wersji opowiastki tej było, jest multum. Inna, dość też popularna głosi, że biedne koguty, w celu wywołania u nich mega-waleczności i agresji pojono środkami dopingującymi, czyli miksturą alkoholu, piwa, ziół i innych bardziej podejrzanych specyfików…

Również w Ameryce (13 maja 1806r.! gazeta „The Balance”) światło dzienne ujrzała pierwsza definicja słowa cocktail, która brzmiała: ”Cocktail jest stymulującym likworem skomponowanym z różnych trunków, wody, cukru i gorzkich substancji”.

Po co nam te drinki? Zdecydowanie rzecz wielofunkcyjna: grzeją (w sensie rozgrzewają;-)), są odpowiedzią na, nawet najbardziej wymagające- gusta smakowe, gaszą pragnienie, pobudzają. Nie ograniczają się tylko do konsumpcji sensu stricte- są nieodzownym elementem kultury ‘bycia’.

Co do interesujących nas najbardziej, tych alkoholowych, w dużym uproszczeniu możemy je podzielić na cocktaile małe- short drinki (60-100ml) i duże- long drinki (100-250 ml i więcej). Do tego dochodzą jeszcze shoty, czyli drinki o objętości 50 ml lub mniejszej.

Przechodząc do rodzajów i technik miksowania należy koniecznie zaznaczyć, że owoż miksowanie drinków (miksologia) nie jest sposobem ich mieszania. Chodzi tu o sztukę prawidłowego łączenia składników w harmonijną, spójną całość, według ściśle określonych standardów. I tak, wyróżniamy m.in.: metodę nalewania (składniki nalewamy na lód w szklance), metodę mieszania bezpośrednio w szkle, metodę mieszania w szklance barmańskiej (mieszanie z lodem kolistymi ruchami, cel- maksymalne schłodzenie drinka i dalej- przelanie do szkła bez lodu), metodę miksowania (łączenie składników na kruszonym lodzie długą łyżką barową i przelanie drinka przez sito barowe do odpowiedniej szklanki), metodę shakerowania, metodę kombinowania (dla optymalnego schłodzenia drinka, poza miksowaniem np. w shakerze, napój przecedza się na lód umieszczony w szklance) i metodę blenderowania (mikser, drobno tłuczony lód, 20-30 sekund). Uf. A to pewnie i tak nie koniec…

Finisz. Było. Garnir. Ma być pięknie nie tylko smakowo. Postulujemy fajerwerki: a jak zacieszacie, jak się drineczek pali. Fachowo: flambirowanie (mocny alkohol, zapalany na za pięć dwunasta). Ognia!

Marcjan

5 maja 2011



„MOLEKULARNE...”

…koktajle! A zaczęło się od kuchni - w ogóle…

Słowo niełatwe i dobrze, jeśli w pierwszym odruchu „mózgoczaszki” naszej kojarzy się z czymś naukowym. Naukową wiedzą, którą to kuchnia molekularna wykorzystuje. Dowodem jest geneza samego pojęcia - powstało, nie tak znowu chwilę temu, bo w 1988 roku, w wyniku współpracy węgierskiego fizyka Nicholasa Kurti oraz francuskiego chemika Herve This.

Zasadniczą ideą, a bardziej ideami, rzec by należy, jest otrzymanie czystych, wykrystalizowanych smaków w mocno zaskakujących, jak nie szokujących zestawieniach, a wszystko - dzięki nietypowym sposobom przygotowania potraw.

Właśnie owa nietypowość stanowi clue, robiącej na całym świecie zawrotną karierę - kuchni molekularnej. Polega ona na świadomym i celowym wywoływaniu reakcji chemicznych i zjawisk fizycznych na kuchennym stole. Więc jak i w kuchni, to czemu by nie i na kontuarze baru w przygotowywaniu koktajli molekularnych? Brzmi groźnie, fakt, ale uspokajam: kuchnia ta, paradoksalnie wykorzystuje tylko i wyłącznie naturalne składniki! Wszak ‘tradycyjne’ gotowanie, pieczenie, smażenie, grillowanie itede to wachlarz różniastych procesów i reakcji, w tym chemicznych. Kuchnia molekularna to o tyle wyższa szkoła jazdy, że ten, kto robi podchody, by ją uprawiać, musi posiadać naprawdę sporą wiedzę na temat „zachowywania się materii w przyrodzie”, a także poświęcić jej więcej czasu. I cierpliwości. Raczej nie ma co liczyć na przypadki. Jednym ze słów kluczowych - świadomość.

Wracam do koktajli molekularnych. Na chwilę obecną, nie ma w Polsce jeszcze takiego lokalu, który posiada w regularnej karcie menu takież rarytasy, a codziennym ich serwowaniem się specjalizuje. Tak jak i w przypadku ‘tradycyjnego’ barmaństwa, molekularne swoje powodzenie również buduje na eksperymencie. Dokładniej - chodzi o zmianę struktury, gęstości i lepkości molekularnej cieczy. Często bazą koktajli molekularnych jest sok owocowy lub owocowe… puree. Następne w kolejności są alkohole… Po drodze (rzecz zasadnicza) - sztuczki „zmieniające postać rzeczy”= czyli przeobrażające tradycyjną formę koktajlu w molekularną. A mianowicie: palenie, wędzenie lub mrożenie różnych składników koktajlu, ale też zastosowanie ciekłego azotu, dwutlenku węgla, karagenu iota (czerwony ekstrakt wodorostów, właściwości żelujące;-)) czy alginianu (zw. chemiczny, właściwości zagęszczające), by finalnie otrzymać ulubionego drinka w postaci smacznej galaretki, którą zamiast wypić przez słomkę… zjemy widelczykiem!

Takie na przykład mojito jako rumiankowo-limonkowa galaretka z utopionym liściem mięty - dla ‘zachowania tradycji’;-) A najlepsze na wierzchu - zamiast zwykłego garnir - posypując takie mojito soda oczyszczoną uzyskujemy efekt przyjemnego musowania na języku…

Chyba, nie, nie - z pewnością wolę postać płynną, półlitrowego, dającego chmielem, zimnego browara…

Marcjan