<
 




Blog - Pisze: Marcjan

LIPIEC 2011


WRZESIEŃ 2011
SIERPIEŃ 2011
LIPIEC 2011
CZERWIEC 2011
MAJ 2011
KWIECIEŃ 2011
MARZEC 2011
LUTY 2011

  28 lipiec 2011

„RÓŻOWO…”

Od 21 do 31. lipca- różowo, (już) nie niebiesko. No dobra, już praktycznie wygadałam się. Ale dalej - rowery, rowery poprzypinane niemal jak Kazimierza W. długa i szeroka. Prawie prawdziwe Miami Beach i to w sercu Wrocławia na pl. Solnym. Języki rozmaite świata, choć nie trudno je usłyszeć przez cały rok w naszym mieście, teraz niosą się wesołym, jakoś tak zintensyfikowanym pogłosem… Flagi w centrum powiewają, ale to jeszcze nie te przedwyborcze…

… a dające sygnał o starcie festiwalu Nowe Horyzonty.

Zastanawialiście się nad ideą tego, już na skalę co najmniej europejską, eventu? Jak zarzekają się twórcy/pomysłodawcy NH chodziło o stworzenie możliwości i swego rodzaju „pola do popisów” dla autorów-reżyserów, którzy wbrew często niesprzyjającym warunkom i to nie tylko atmosferycznym :-), w swej twórczości idą na przekór modowym zawieruchom, pozostając konsekwentnie indywidualistami sprawnie żonglującymi własnym stylem i językiem po prostu nie do podrobienia. Jak sam wielki Romek Gutek mówi: „Międzynarodowy Festiwal Filmowy Nowe Horyzonty jest festiwalem wizjonerów kina, artystów bezkompromisowych, którzy mają odwagę iść obraną przez siebie drogą…”

Skupmy się na ‘ramówce’.

Temat wciąż i nieustannie „gorący”, czyli najazd kamery na irańskie społeczeństwo przedstawione w filmie Ashgara Farhadiego pt. „Rozstanie”, który A) w Berlinie dostał Złotego Niedźwiedzia i B)otworzył tegoroczny, już 11. Festiwal Nowe Horyzonty. Jak już jesteśmy przy początku, to i end, a czy happy tego jeszcze nie wiadomo: NH zwieńczy najnowszy film znanego z „Kiki”, „Złego wychowania”, „Volver” czy „Porozmawiaj z nią” - Pedro Almodovara pt. „Skóra, w której żyję” Antonio Banderasem. Rzecz o tożsamości naszej ludzkiej, a niebezpiecznej modzie na chirurgię plastyczną. Znając go, będzie ostro i to dosłownie :-)

Szczegółowa rozpiska filmów: co, gdzie, kiedy i za ile na stronie www.nowehoryzonty.pl, a tu pozwolę sobie zaznaczyć, podążając za głosem obietnic organizatorów NH, że tegoroczny festiwal obfituje w polskość- produkcje rodzime, takie jak m.in.: „Code Blue” (rzęsiście oklaskiwany w Cannes) Urszuli Antoniak, „Utopians” (zrobiony w Stanach) Zbigniewa Bzymka.

Dla plenerowiczów, tradycyjnie już pokazy na rynku i pod chmurką, i za darmo.

(Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, co do tego jak dobrze jest mieszkać we Wrocławiu?)

Na finałowego „oszołoma” (w jak najbardziej pozytywnym słowa znaczeniu!) Almodovara to ja idę. Pierwsza myśl - aż się boję, co on TYM RAZEM wymyślił… ;-)

Marcjan

22 lipiec 2011




„…W-CZYTANY…”

Parafrazując, dramat został wzięty, zmędlony, skierdaszony,
wyciumkany do spodu, przewaloryzowany na wspak, sprany w
cuglach, pospiesznie zmitygowany, z ogonkiem przegryziony,
na bruk wysypany, niedbale spieprzony, czymś tam
posmarowany, w Szajbie ziszczony i w świat w-czytany.
(Prawie)cała sala dramat czytała! Hej!

-A konkretnie dramat Teo Dumskiego na podstawie opowiadania
A. Czechowa z 1892 roku pt. „Sala nr 6”. Wszystko w ramach
imprezy „Maksymalny stan skupienia” w Szajbie.

Dla przypomnienia, przedrostek w- we w-czytaniu
konsekwentnie stosowany w piśmie jak i w słowie, który na
ludzi może działać po równo: intrygująco jak i irytująco,
nie jest (tylko) artystyczną fanaberią. Mianowicie ideą w-
czytania jest swego rodzaju próba dekonstrukcji sensowności
grania i/lub/czy czytania dramatów- w ogóle, a dalej próbą
rozgryzienia kondycji współczesnego teatru/aktorów
i aktorstwa/widza, które to rozgryzienie ma się powieść
dzięki sprowadzeniu wyżej wymienionych do poziomu mocnego
absurdu. Najprościej rzecz ujmując: czy to wszystko „w
ogóle ma sens”, „czy jest wykonalne”???

O 20:50, we wtorek 19.07.2011r. spadł oczyszczający deszcz,
zamilknął równo o 20:59, by nie mieć najmniejszej szansy
powstrzymać quasi dramatycznego szaleństwa (nie)aktorów,
którzy w-czytanie zaczęli punkt 21:00 na deskach;-) Klubo-
galerii Szajba…

„…zamknijmy Boga w teatrze i każmy mu czytać dramaty!”,
„…zostałem nominowany do Oscara!”, „…ja dostanę Złotą
Palmę! –Palmę to ty już masz!!”, „…brunet… chyba bogaty, bo
opalony…”, „…oplułem Ministra Kultury!”

Aktorzy siedzą sobie ot tak całkiem na luzie, w zasadzie,
rozproszeni w przestrzeni Szajby. Atrybutem każdego- tekst
dramatu. Jeden mikrofon, żadne tam jupitery, kurtyna też
nie, mocno stłumione światło, duży ekran z tekstem, bieżącą
rolą, partią. Nie ma gonga X3, brak jakiegokolwiek
usystematyzowanego znaku/sygnału np. dźwiękowego, który dla
każdego obecnego oznaczały początek „czegokolwiek”…

Do tego, przecież to ‘żyjąca’ knajpa: wieczór, szklane
odgłosy baru, rozmowy oczywiście że niekontrolowane, ludzie
wchodzą i wychodzą na papierosa. No i robi się duszno,
mimo, że jest chwilę po ulewie…

Zaczyna się akcja, ale o tym, że to już „to” wiedzieli
tylko ci, którzy (nie)przypadkiem byli świadkami prób. Nie
idzie (albo i idzie!?!), nie klei się, zamęt, jakieś
trzaski, emocje rosną. Albo to naturalnie zaszczepiona
iluzja?

Ludzie w Szajbie, w sensie widownia:
skupienie/ugłupienie/śmiech/zaduma. Miny pt. „zabili
ćwieka- o co tu do chol… chodzi?. Wyraźne głosy z sali:
„Czy już grają? Kto tu jest aktorem?” I nagle straszna
ciiiszszszaaa, kiedy pojawia się… kij bejsbolowy!
Jeszcze większe przerażenie w oczach widzów podczas sceny „na
barze”: kogoś wyprowadzają, krzyki, ktoś komuś grozi, już
się zamachnął, robi się niebezpiecznie, mniej odporni
psychicznie wychodzą. Głos z samiutkiego kąta: „Ta kobieta
naprawdę oszalała!”

I wszystko to w niespełna 30 minut. Clue, będące
uzasadnieniem dla owych 30 minut „tego szaleństwa” jak i
trafnym podsumowaniem pierwszego w-czytania w Szajbie
niech będą słowa samego mistrza Czechowa, który mawiał:
„sztuka pisania jest sztuką skracania, a zwięzłość
jest siostrą talentu”. Idąc tym tropem, szaleństwo jakim jest
teatr, dramat, gra, czytanie, a tym bardziej- w-czytanie-
robią się jeszcze większym szaleństwem.

Jestem przekonana, że wujek Czechow w grobie się nie
przewrócił, jeśli (a na pewno) doszły go słuchy o w-
czytaniowych poczynaniach w Szajbie. A co do frekwencji,
jak to z nią bywa- wszak to pojęcie względne- zawsze
mogłoby (i będzie) być z nią lepiej:->

Marcjan

14 lipiec 2011



„CO NAS TU DOTYCZY”

Dziś czuję nieodpartą potrzebę zmaterializowania, jakkolwiek skutecznego, ale jednak, moich przemyśleń dotyczących tego, „co nas tu dotyczy”. Czytaj: aktualizacja wieści z miasta naszego Wrocławia w już prawie połowie lipca A.D. 2011.

Do poruszenia (w głowie jak i w piśmie) tego jeszcze nie skonkretyzowanego tematu skłoniły mnie dwa wydarzenia: Wrocław Europejską Stolicą Kultury 2016 oraz wszczęta debata Rady Miejskiej odnośnie wprowadzenia zakazu sprzedaży alkoholu po godzinie 21:00 na terenie Starego Miasta.

Na pierwszy rzut oka, pierwsze- kaliber światowy, drugie (iluzorycznie)- tylko lokalne i wewnętrzne. Szczegółowe traktowanie zarówno wydarzenia nr 1 jak i 2 jest w sposób ścisły uzależnione od punktu widzenia i położenia komentatora. Ja wgryźć się w wyżej wymienione zamierzam ze stanowiska mieszkańca wewnątrzsystemowego, którym mianować się mam pełne prawo.

Jedynka i dwójka, choć wydawać by się mogło, że jest inaczej, nakręcają się nawzajem: na wskroś, w poprzek i wspak. Spójrzmy na to łopatologicznie: skoro stolicą kulturalną i to europejską mamy być i co więcej- będziemy (to już przyklepane), to znaczy, że przynajmniej teoretycznie Wrocław, (wszystkie jego składowe, w tym na top liście- czynnik ludzki- jego mieszkańcy, goście, przyjaciele) KULTURALNY, cholerka jest! Z drugiej strony, jeśli radni rozpoczęli gorącą dyskusję na temat tego, żeby zakazać nam kupowania alkoholu po 21 na Starym Mieście (oficjalny argument: sprzedaż alko i jego wieczorno-nocna konsumpcja jest przyczyną masowej i powszechnej dewastacji licznych wrocławskich zabytków), spontaniczną konotacją jest, to, że ta nasza KULTURA szwankuje, kuleje i to bardzo…

Oczywistą wiśnią na torcie jest mobilizacja wszystkich „około-rynkowych” mniejszych i większych sprzedawców, którzy solidarnie przystąpili do wspólnego protestu wobec pomysłów radnych. Chyba nie dziwicie im się? Wolny rynek, ich zarobek, ich chleb. Proste. Ale by wypadało nie upraszczać aż tak populistycznie, za to zagłębić się jednak w to, co może być powodem do wymyślenia i ewentualnego przejścia w głosowaniu Rady Miasta tegoż zakazu? Czy ta rzekoma dewastacja zabytków, to nie tylko elegancka przykrywka do tych wszystkich i niecnych występków, których dopuszczają się „wypici” ludzie w Naszym Mieście? Czy aby na pewno nie wszystko zaczyna się od (nie)myślenia i to na tak niskim poziomie wysiłku intelektualnego, na które, zapewniam, stać każdego.

Nawet po tłusto zakrapianej imprezie, po której wracając na autopilocie do domu, często nie mamy mikro przebłysku świadomości, że może tu ktoś chce spać w niedzielę o 5:00, a także nie chce wychodząc rano z klatki schodowej poślizgnąć się o porzuconą puszkę po piwie.

Kończąc, życzę sobie i wszystkim tematem zainteresowanym, byśmy w środku siebie odkryli taką choćby mikroskopijną Europejską Stolicę Kultury. A z wiadomych przyczyn :) za zakazem sprzedaży po 21:00 oczywiście nie jestem.

Marcjan

7 lipiec 2011



„ŻADEN POMARAŃCZOWY FLASHBACK…”

Nie jest maskotką flashback’owej edycji Pomarańczowej Alternatywy ani zabawko-gadżetem telefonii komórkowej. Choć jest równie, jak nie o niebo bardziej- kulturotwórczy i medialny zarazem… W końcu pełnoprawny: PR-manager to mało, Dyrektor Artystyczny- również, Kierownik Projektu- słabo, twarz Szajby- tabloidowo, Key Account Representative- hmm (???). Wypadkowa wszystkich, a i to mało…

Jak świat długi i szeroki, a kapitalizm adekwatnie do czasoprzestrzeni rozhulany, tak pomysłów na –auto i promocję- od groma. (Słowo ‘promocja’ nieco zgrzyta, bardziej obrazowo brzmiałoby kreowanie wizerunku, ocieplanie klimatu, bycie ambasadorem marki etc…, ale jak to i w życiu bywa, górę bierze czysty pragmatyzm, bo ‘promocja’ krótka, więc niech tu dziś zostanie, wybaczcie.)

Ale nie ograniczajmy się do tejże promocji, a w końcu prosto do sedna: absolutnie nie tylko ze względu na kolor swojej skóry, ta nasza, a moja tu, jeszcze tajemnica jest zaczątkiem i pełnoetatowym (z nadgodzinami, w tym nocnymi) prowodyrem efektu cieplarnianego w maksymalnie pozytywnym słowa, metaforycznym znaczeniu- bo kto i żyw, i widzi jegomościa, się uśmiecha. A jest to uśmiech z gatunku ‘czil’, ‘spontan’, ‘na serduchu ciepło’, o krok od peace and love. Da się? Da!

Zawoalowane dossier. Jak każdy dobrze prowadzący się obywatel ziemskiego padołu, także i on, no jakże by inaczej, posiada swój profil na Facebooku, na którym to można na bieżąco śledzić/obserwować, nie tylko nieustannie rosnące słupki popularności, ale także, poczynania jegomościa. W szczególności- rozliczne podróże, na temat których sporego rąbka tajemnicy uchyla Rafał w lipcowym wydaniu szajbowej gazetki…

Po pierwszym akapicie, stwierdzić można, cóż za przedziwna persona, na Takim, Ach, Och, Ech, Stanowisku, niedostępna dla ludu, bożyszcze czerwonych dywanów prawie. A co się okazuje czytając wpisy na FB, że jegomość całkiem ludzki, a jak nie w domu-Szajbie, spotkać go rzekomo (za Ojcami/Matkami jegomościa) można na obiedzie w „Mewie”…

Na razie zarzucić mu nic nie można, bo po prostu- robi naszym ludziom i, naszemu, nierzadko ponuremu klimatowi dobrze, „wymuszając” uśmiech i energię. Równocześnie godnie i niemal z sarmacką dumą reprezentując Klubo-galerię Szajba.

- Harold

(Więcej w lipcowej gazetce Szajby i na FB!)

Marcjan