<
 




Blog - Pisze: Marcjan

CZERWIEC 2011


WRZESIEŃ 2011
SIERPIEŃ 2011
LIPIEC 2011
CZERWIEC 2011
MAJ 2011
KWIECIEŃ 2011
MARZEC 2011
LUTY 2011

  30 czerwca 2011

„W-CZYTANIE DRAMATU”

Zacznę od fragmentu chyba najpopularniejszej definicji… czytania. Tak, nie robię sobie jajek, snuć opowieść natomiast lubię schematem: „po nitce do kłębka”.

A więc czytanie to jedna z umiejętności nabywanych przez człowieka w procesie edukacji, która umożliwia odbiór informacji przekazywanych za pomocą języka pisanego. Współcześnie wciąż jedną z podstawowych form komunikowania się jest mowa pisana, dlatego czytanie jest jedną z najważniejszych umiejętności każdego człowieka. I tak dalej, a słowa ani więcej, bo rzecz, ba! Śmieszna wręcz, co by się tu nad czytaniem samym w sobie rozwodzić…

Teraz wytłumaczyć sobie pozwolę słowo dramat, a konkretniej najbardziej interesujący mnie tu i dziś jego aspekt, czyli to, że jako utwór literacki charakteryzuje się on przede wszystkim tym, iż jest tworzony w celu realizacji scenicznej z wyraźnym zaznaczeniem, że występują również tak zwane dramaty niesceniczne, skupiające się (rzekomo?) na „rozbudowie samego tekstu”.

O co w ogóle chodzi?

Oj chodzi i to bardzo konkretnie o nową inicjatywę, która docelowo i jak dobrze pójdzie, ma być realizowana cyklicznie w przestrzeni Szajby, w zawsze otwartej dla konstruktywnego novum artystycznego- przestrzeni Szajby. Całość, na razie brzmiąca w dość skomplikowany sposób, brzmi: „W-czytanie dramatu w cyklu maksymalny stan skupienia”. Co, po co, skąd i dlaczego?

Pomysłodawcą owego przedsięwzięcia jest niejaki Teo Dumski (dla nie wtajemniczonych- na razie bez szczegółowego dossier), który na pierwszy rzut organizuje w-czytanie dramatu na szajbowych deskach pt. „Sala no. 6”.

Dlaczego w-czytanie, a nie tak jak cała reszta świata- czytanie dramatu? (To drugie swoją drogą bardzo ostatnio popularne, popmasowe, powszechne; obowiązkowy punkt w „repertuarze” szanującej się knajpy, „na salonach” naszego city niezależnie od tego czy rzeczone mają, czy też zupełnie nic wspólnego z szeroko pojętym teatrem; ale to jest chwytliwe, modne, walą tłumy (?)

Owym w-czytaniem chcemy wejść bardzo głęboko w ideę, metaforyczną i zarazem dosłowną strukturę dramatu (sensu stricte) i poważnie zadumać się nad jego dzisiejszą kondycją. Dalej- spróbować, o ile jest to w ogóle możliwe, odpowiedzieć na pytanie czy i jeśli tak, to jaki jest sens czytania dramatów i dla sprawiedliwości dziejowej- analogicznie „przemaglować” tradycyjne wystawianie sztuk.

Kurtyna może się jeszcze nie otwiera, ale z pewnością dyskusja, do której należy się przygotować, podążając za słowem pomysłodawcy Dumskiego:

„Wystawić, ale nie wystawić. Pokazać, ale nie pokazać. Zagrać, ale nie zagrać. Powiedzieć, ale nie powiedzieć. Tak dzisiaj w Polsce wygląda podejście do teatru. Po co wydawać pieniądze, których wciąż brak w kulturze, na kosztowne scenografie, długoterminowe próby z aktorami, komponowanie muzyki, a przede wszystkim: uczenie się tekstu, o zgrozo, na pamięć! Po co robić to wszystko, skoro można usiąść przy kawie, zaprosić publiczność, wziąć do ręki scenariusze i nie angażując się zbytnio, przeczytać tekst teatralnej sztuki. Powiedzcie mi, po co? Cała Polska czyta dramat!

Weźmiemy dramat, zmędlimy, skierdasimy, wyciumkamy do spodu, przewaloryzujemy na wspak, spierzemy w cuglach, zamitygujemy pospiesznie, przegryziemy z ogonkiem, wysypiemy na bruk, spieprzymy go niedbale, a potem posmarujemy czymkolwiek, ziścimy w Szajbie  i w-czytamy w świat.

Cała sala czyta dramat! Hej!”


Sprawa prosta nie jest. Tu, jak w życiu i całej reszcie, prawdy i nieprawdy być nie może. A jak jest, to dojdźcie do niej, po czym konstruktywnie pokłóćcie się. Podczas może nie, ale na pewno- tuż po w-czytaniu w Szajbie. A ja sama bardzo chętnie wezmę w tymże udział.

Wejdźmy, w-czytajmy i uznajmy lub… nie.

Marcjan

23 czerwca 2011



„NOC ŚWIĘTOJAŃSKA, A RACZEJ KUPAŁA”

Przede wszystkim problem jest z datą. Wielokrotnie spotykałam się z dylematem pt. „Kiedy tak naprawdę mamy tę noc świętojańską?” Czy jest to w pierwszą noc lata, czy jednak w nocy z 23 na 24 czerwca?

Wszystko rozbija się o to, że starodawni chrześcijanie za wszelką cenę chcieli pozbyć się, męczącego ich problemu, a mianowicie wszelkiej maści pogaństwa i uprawianych przez nich obrządków, zabobonów i innych ‘podejrzanych’ procederów.

A więc chwila prawdy: noc kupały, którą określa się także jako noc kupalną, kupalnocką, sobótką, a nawet sobótkami historycznie i etymologicznie jest świętem słowiańskim, ściśle związanym z letnim przesileniem słońca, które obchodzone jest w najkrótszą noc w roku, tj z 21 na 22 czerwca. Chyba, że jest to akurat rok „przestępczy”;-), kiedy impreza troszkę się przesuwa.

Okazuje się, że bardziej rozpowszechniona, tzw. noc świętojańska, to niemalże całkiem inna bajka. Przede wszystkim jest obchodzona później, bo z nocy 23 na 24 czerwca i jest wigilią św. Jana oraz, co ciekawe uważam, posiada wiele zapożyczeń z… pogańskiego święta. A jednak.

Powróćmy zatem do wersji pogańskiej, która obchodzona jest przede wszystkim przez ludy słowiańskie, bałtyckie, germańskie i celtyckie i ugrofińskie (już, już tłumaczę tych ostatnich- chodzi o Finów i Estończyków- ci to mają dobrze, bo z niniejszej okazji aż 2 dni ustawowo wolne!). Dla wymienionej części świata, kupała jest świętem ognia, wody, słońca, księżyca (posiadających moc oczyszczającą), a z kwestii niematerialnych- urodzaju, płodności, radości i miłości (robi się tajemniczo, magicznie i mistycznie…).

Skąd śmieszna nazwa „kupała”, no jednak kojarząca się dwu- jak nie trzy- znacznie? Słowo najprawdopodobniej pochodzi z języka indoeuropejskiego, gdzie przedrostek kump, oznacza grupę, gromadę, zbiorowość.

Coś chyba jest na rzeczy z tą magią i tajemnicą, bo, przeglądając literaturę „przedmiotu” spotkać można się z nazywaniem naszej sobótki… sabatem!

Jako, że, na szczęście, coraz częściej zaobserwować można, nawet w wykonaniu naszych krajan, odchodzenie od wielkiej fascynacji amerykańskimi walentynkami, równocześnie coraz więcej osób dostrzegło kupałę jako znakomitą alternatywę dla 14. lutego. Wszak, kupała jako święto zakochanych ma o setki, jak nie tysiące lat dłuższą tradycję. Ale tak uczciwie- nie przyjemniej aby świętować w taką czerwcową noc, a nie w środku, wyjątkowo paskudnej u nas zimy?

Dla wszystkich tych, którzy przekonali się do mistycznego uroku kupały, ale tradycyjne obrzędy typu: palenie ogni sobótkowych, puszczanie wianków na rzece, poszukiwania kwiatu paproci czy rytualną kąpiel w nocy, powiedzmy, wolą odłożyć na przyszły rok, jest jeszcze godna alternatywa, czyli sobótkowa impreza w Szajbie. Niech ktoś mi powie, że nie będzie mistycznie?;-)

Marcjan

16 czerwca 2011



„GORĄCE KRZESŁO, A NAWET KRZESŁA”

Tytuł inspirowany „Wielkim Polsatowskim Bratem”, ale tak prawdę mówiąc nie tylko na multi oldskulowych krzesłach w ‘rozrastającym się’ ogródku Szajby bywa gorąco: ostatnimi czasy atmosfera gotuje się w czasie imprez,a do tego aura sprzyja, wszak i na zewnątrz upał…

A wracając do krzeseł: czy zdajecie sobie sprawę z tego, że pewnością mieliście już okazję w ogródku Klubo-galerii Szajba zaznawać chwil parę wytchnienia (czy to w tygodniu podczas służbowej przerwy na kawę, czy w weekend, gdy podczas imprezy niezbędny jest mały resecik) na krześle na którym siedzi więcej ludzi niż na jakimkolwiek innym w historii! (białe, czarne, wygięte łuki, minimalizm i lekkość bytu)… O jakim siedzisku zatem jest mowa?

Najprawdziwszy fenomen składający się z 6 kawałków drewna: 2 koła, 2 kije+ kilka łuków, a całość spaja 10 śrubek i 2 nakrętki. Przed Państwem drewniane krzesło Thonet model nr 14 (drugie imię - krzesło bistro)!

Oto skrócona wersja historii perły dizajnu…

Nr 14 zawdzięczamy 19- wiecznemu stolarzowi niemieckiego pochodzenia, niejakiemu Michaelowi Thonetowi, który w 1830 roku, chcąc uniknąć kosztów związanych z frezowaniem drewna rozpoczął  eksperymenty z technikami gięcia drewna. Początkowo zanurzał odpowiednio przygotowane płaty drewna złożone z cienkich warstw forniru w kadziach z wrzącym klejem. Po wyjęciu z kąpieli płaty te wyginano za pomocą prasy w specjalnych formach. Otrzymana w ten sposób masa była swego rodzaju sztucznym drewnem, jednak z powodów właściwości kleju i drewna nie można było formować z niej takich kształtów, które wcześniej zostały zaprojektowane.

Zbiegiem czasu, bez wdawania się w szczegóły, Thonet udoskonalił proces gięcia drewna, co pozwoliło mu ruszyć z produkcją w roku 1859. I tu zobrazowanie rozmiaru kariery, którą zrobiła „czternastka”: tylko do 1930 roku na całym świecie sprzedano aż 50 milionów tego modelu! (A na samym, ciężkim dość początku tej drogi, model nr 14 kosztował „3 floreny czyli nieco mniej niż butelka wina”…)

Jako, że jesteśmy +/- przy 150. urodzinach Thonet nr 14, wskazana jest refleksja nad tym, dlaczego tak proste w formie krzesło zrobiło tak oszałamiającą karierę, a jego popularność ani ciut ciut nie gaśnie?

Mądrzejsi ode mnie, powiedzmy- spece od dizajnu użytkowego tak zwanego wymieniają takież to cechy „czternastki”: spełnia wszystkie swoje funkcje, które zostały określone przez Thoneta wiele lat temu na etapie tworzenia prototypu krzesła, ma prawidłową wagę, 150 lat temu był zaskakująco innowacyjny, a czego dowodzą minione lata- jest projektem ponadczasowym. Do tego wszystkiego, czego mu osobiście zazdroszczę: pięknieje z wiekiem (nowoczesne technologie gięcia drewna pozwalające na maksimum precyzji)!

Z ciekawostek: doszukano się zapisków mówiących o tym, że taki tam znany Brahms siedział na modelu nr 14 podczas komponowania i gry na fortepianie, dokładnie tak jak Lenin w czasie pisania swoich rozlicznych tekstów politycznych.

Dla spragnionych „posiąścia” Thonet model nr 14 info: krzesło produkowane jest w Polsce np. w Jasienicy k. Bielska Białej i w Radomsku.

„Perłę” ową podziwiać można w ogródku Szajby ;-))

Miłego.

Marcjan



9 czerwca 2011



„WINO TO NIE CEREMONIA…

… WINO TO FIESTA”. Tak dokładnie brzmi idea przewodnia Casa Mariol firmująca wina, które od 1. czerwca dostępne są dla Was w Klubo-galerii Szajba. Nowe wina, a dokładnie aż 13 nowych win w zupełnie zaskakującej odsłonie i to biorąc pod uwagę 2 aspekty.

Po pierwsze: nietuzinkowa oprawa/szata graficzna butelek (inaczej niż jesteśmy przyzwyczajeni: nie złote ornamenty, nie czerwone ozdobniki plus biała etykieta, natomiast wina zamknięte w żywych, żyjących wręcz kolorach, prostota plus na swój sposób przewrotna asceza; wina Casa Mariol nie próbują na siłę przekonać nas o swojej „wspaniałości”, „najlepsiejszości”- one zapraszają nas po prostu do wspólnej zabawy w myśl zdania wyjściowego!), po drugie: zupełnie nowa, inna filozofia picia wina- kategorycznie odchodząca od znanego nam, chyba (tak coś czuję) sztucznie wykreowanego i zakotwiczonego w naszej kulturze ceremoniału picia tegoż trunku, bo… Casa Mariol odchodzi od sztywnych i nierzadko zadufanych w sobie i w swojej wiedzy, wykrochmalonych sommelierów, prawieniu mądrości o południowo-wschodnim stoku nasłonecznionym w 45%, a wilgotności jeszcze innej, jedynym i słusznym szkle do spożywania wina, bóg wie jakich skomplikowanych smakach i nutach oraz całej reszcie wysublimowanych ceremoniałów, które dla wielu z nas wydawały się wręcz niedostępne.

Casa Mariol „sprowadza” wino do poziomu dostępnego dla każdego z nas, bez wydawania, bagatela- 160 tys. dolarów, które w 1985 roku zapłacono za butelkę wina Bordeaux, Château-Lafite, rocznik 1787. Wino ma smakować, ma być pite spontanicznie, ma budować i podtrzymywać atmosferę, którą możemy dowolnie kreować w zależności od… smaku i okazji. Wino to fiesta, czyli totalne odejście od sztywnych reguł, czego potwierdzenie znajdujemy w smakach win Casa Mariol: ananas, jeżyna, porzeczka, grejpfrut, kwiaty, wanilia, czekolada kokos czy marakuja i jeszcze ho-ho. Odkryjcie ten zupełnie nowy wymiar winiarstwa i czerpcie z niego jak i kiedy chcecie, czujecie.

Słowem o samej Casa Mariol. Leży ona w regionie Terra Alta w południowo-zachodniej Katalonii, ok. 200 km od Barcelony. Nowoczesna, skrojona na nasze czasy „sylwetka” tego wina była możliwa do uzyskania jednak dzięki solidnym fundamentom: obecni właściciele Casa Mariol są trzecim pokoleniem wytwarzającym wina.

Dla wszystkich, dosłownie i w przenośni, spragnionych nowych wrażeń i nowego wymiaru wina, w karcie Szajby- 9 drinków na bazie wina Casa Mariol, o wdzięcznych nazwach: Kosmata Pomarańcza, Amaretto Flirt, Ritz Bar Fizz, Szprycer, Szprycer Truskawowy, Kir, Koktajl Krymski, Operator i Dreszcz Rozkoszy- doznania w pełni spójne z Twoim nastrojem.

Próbujmy więc zatem, bawmy się winem i z winem!

Marcjan

2 czerwca 2011



„DZIEŃ DZIECKA”

Że każda okazja jest dobra do tego, by odpuścić, wyluzować i zaimprezować- to wszyscy wiemy i raczej nikt protestować nie będzie.

I dlatego taki wczorajszy Dzień Dziecka niekoniecznie obowiązuje dzieci tylko. Z drugiej strony- w sumie każdy z nas dzieckiem jest. A różnica w jego obchodach jest chyba tylko taka, że całe to świętowanie musimy sobie sami zorganizować. Ale mama tak czy siak i tak pamięta… Zanim jednak wyruszymy na huczne obchody, przyjrzyjmy się: co, po co, skąd i dokąd.

Historia Dnia dziecka wzięła swój początek w 1924 roku w Genewie, kiedy przedstawiciele ponad pięćdziesięciu krajów zgrupowanych w Lidze Narodów, na wniosek Międzynarodowego Związku Pomocy Dzieciom przyjęła uchwałę zwaną Deklaracją Praw Dziecka, a wszystko tak naprawdę zaczęło się od zdania: „Mężczyźni i kobiety wszystkich narodowości uznają, że ludzkość powinna dać dziecku wszystko, co posiada najlepszego…”. Oficjalnie, 1. czerwca jako powszechny Dzień Dziecka, został ustanowiony świętem przez Organizację Narodów Zjednoczonych w 1954 roku.

Uczciwie trzeba powiedzieć, że z założenia beztroski i nieroszczeniowy Dzień Dziecka borykał się z wieloma politycznymi podtekstami i kąśnięciami. Dopiero uchwalona w 1989 roku Konwencja o Prawach Dziecka umocniła „pozycję” tego święta, celebrowanego w chwili obecnej już w 100 krajach na świecie, na przeróżne sposoby, w zależności od tradycji narodowych i religijnych, a także od obszaru kulturowego:

I tak, Dzień Dziecka we Francji i we Włoszech, to jednocześnie dzień rodziny, obchodzony 6 stycznia. Z tej okazji, oprócz prezentów od rodziców, dzieci otrzymują koronę „króla” lub „królowej”, a dodatkowo przygotowywane jest ciasto, które w środku zawiera „wróżbę” (ja też tak chcę!). Z kolei w Japonii wywiesza się przed domami karpie z papieru: tata to czarny karp, mama czerwony, a ilość niebieskich oznacza liczbę synów. Dziewczynki w swoim dniu przygotowują wystawę lalek. (Co za dyskryminacja…) W Turcji dzieci ubrane w stroje narodowe tańczą, śpiewają i puszczają latawce. A w Polsce od 1994 roku dzieci w Dzień Dziecka obradują „pełną gębą” na Wiejskiej jako Sejm Dzieci i Młodzieży (gdyby ten event miał moc sprawczą, oj, żyło by nam się o całe niebo lepiej, to bardziej niż pewne…)

My, dzieci pracujące, świętujmy beztrosko z opóźnionym zapłonem, ale jednak. Choćby w ten piątek i/lub sobotę w Klubo-galerii Szajba z (kolejno) dj’ami: Fly + Bagnos i Filipem na bosaka. A tak się fajnie w czasie złożyło, że od czerwca, a więc od Dnia Dziecka Szajba zaprasza na zupełnie nowe wina Casa Mariol, w naprawdę odjechanych, kolorowych butelkach i jeszcze bardziej- smakach (przy barze do góry, lekko w prawo). A do tego aż 9 nowych drinków, bazujących na tychże winkach. Bo „wino to nie ceremonia, wino to fiesta!” I dokładnie tak samo jest z Dniem Dziecka. Udanego weekendu!;-))

Marcjan